piątek, 1 kwietnia 2011

atomowy świt

 Witajcie towarzysze poatomowej niedoli!
Jak wiadomo, uderzenie atomowym pociskiem jest bardzo nie na rękę ludziom. Ludzie w warunkach, jakie zastają po takim incydencie, z trudem radzą sobie z codziennością, która wymaga od nich bycia nieugiętym i bezwzględnym. Przeczytać możemy o tym w "Stalkerze", gdzie niedobitki ludzkiej rasy za wszelką cenę starają się zachować pozory życia sprzed katastrofalnej w skutkach wojny, a zezwierzęcone jednostki starają się zniszczyć kulejącą cywilizację. Ale co do powiedzenia ma natura? Jak może reagować na to, z czym ludzie mają do czynienia? Jak poradzi sobie ze skutkami wybuchu bomby atomowej? O tym możecie przeczytać z kolei w moim opowiadaniu, zatytułowanym "A New Beginning (Nowy Początek)". Zapraszam do lektury.

Powoli zapadała noc. Malowniczą dolinę przykrywał z wolna ciężki granat nieba, niespiesznie zapełniający się świetlistymi punkcikami odległych gwiazd. Wysokie surowe góry piętrzyły się ku nieskończonej czerni kosmosu, strzegąc szerokiej doliny.
       Dno doliny porastały stare drzewa, szumiące w ciemnościach swoją odwieczną pieśń. W mroku ich gałęzi hukały sowy wypatrując ofiar na nocny żer. W licznych dziuplach siedziały ptaki i wiewiórki, układające się do snu, ale jednocześnie pełne lęku i niepewności swojego bytu. Małe pisklęta przytulały się do rozpostartych nad nimi skrzydeł matki.  Nad drzewami unosiły się  pokrzykujące nocne ptaki drapieżne i nietoperze, a ich majestatyczne i pełne grozy głosy odbijały się echem od nagich zimnych skał.
       Pod drzewami budziły się nocne zwierzęta. Borsuki i lisy wychodziły ze swoich ciepłych, bezpiecznych nor, przeciągały się na zewnątrz i ruszały na polowanie, wytężając wszystkie zmysły, które mogły im pomóc w zdobyciu pożywienia i przeżyciu kolejnego dnia.
       Z oddali dało się słyszeć ostrzegawcze wycie wilka. Po chwili olbrzymia wadera ruszyła przez zarośniętą jeżyną wąską ścieżynę, węsząc w gałązkach i liściach porastających tą tylko zwierzętom znaną drogę zapach przyszłych ofiar.
       Przyłożyła nos do rosnącej nisko trawy i wzięła głęboki oddech. Trawa poruszyła się pod wpływem ruchu powietrza. Wilczyca prychnęła i oblizała się. Wiedziała już, gdzie szukać posiłku.
       Wiatr mocniej zawiał w koronach drzew. Potężny szum wraz z koncertem licznych świerszczy, skrzypieniem konarów, szelestu oderwanych pojedynczych liści i innych, urywanych odgłosów nocnych zwierząt tworzył istną symfonię w tym dziewiczym miejscu, gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek, gdzie człowiek postanowił nie docierać, ze względu na szacunek dla przyrody, jej praw i potęgi.
       Życie toczyło się tu własnym biegiem, zgodnie z rytmem pór roku i pór dnia, tak jak przez tysiące lat, nawet, zanim na Ziemi pojawiła się Ludzkość. Przez te tysiące lat rodziły się młode zwierzęta, wykluwały się kolejne pokolenia ptaków, a z drobnych nasion z wielką wolą życia wzrastały na spróchniałych szczątkach swych przodków nowe, majestatyczne drzewa i wszystkie te stworzenia obracały się w proch, by móc ustąpić miejsca następnym pokoleniom.
Przez te tysiące lat to samo słońce ogrzewało potężny las i groźne szare szczyty, z których nigdy nie schodził śnieg, to samo słońce dawało życie i cel pnącym się w jego kierunku roślinom, ogrzewało wylegujące się na kamieniach żmije i jaszczurki, pozwalało widzieć sarnom i orzesznicom zbliżające się niebezpieczeństwo i rozbłyskało na taflach licznych leśnych oczek wodnych świetlistymi refleksami.
Zapadła noc. Nietoperz złapał w locie wyblakłą ćmę, tańczącą w chłodnym powietrzu niczym leśna rusałka. Wadera posuwała się powoli przez splątane gałązki jeżyny, pomagając sobie pozostałymi zmysłami w poszukiwaniu ofiary. Niebo było nieskończenie wysokie w swojej obsydianowej czerni upstrzonej delikatnymi, pulsującymi zmiennym światłem gwiazdami.
Na niebie pojawiła się smuga światła. Nie był to jednak meteoryt. Była to najprawdziwsza spadająca gwiazda. Smuga światła śledziła niewielki rozżarzony punkcik, który obrał tor coraz bardziej chylący się ku ziemi. Smuga nie gasła, przesuwała się pokornie za pełgającym na niebie światełkiem, burząc odwieczną harmonię tego miejsca. Wilczyca podniosła głowę i przez chwilę śledziła wzrokiem punkt jaśniejący między targanymi wiatrem gałęziami. Nastała pełna oczekiwania cisza w dolinie. Natura wzięła głęboki oddech. Wiatr nagle stanął w miejscu i żadne drzewo nie miało odwagi się poruszyć, a koncert świerszczy jakby ucichnął. Pojawienie się spadającej gwiazdy w tym miejscu nie wróżyło nic dobrego. Gwiazda zniknęła za górami, za ostrymi szczytami. Przestała być widoczna, jak wciągnięty przez dżdżownice pod ziemię opadły liść. Chwila napięcia minęła i wiatr znów wzmógł swoja siłę, a gałęzie drzew i żaby na nowo rozpoczęły koncert.
Wtem z oddali, zza gór wyłoniła się łuna światła wschodzącego słońca, która pogrążyła widoczne od strony doliny szczyty w jeszcze głębszym mroku. Jednak nie był to zwyczajny wschód słońca. Był to wschód nowego słońca. Niebo gwałtownie rozświetliło się jasnozłotym blaskiem i po chwili napłynęło krwistą czerwienią. Zjawisku temu towarzyszył odległy dźwięk, miarowe, ponure dudnienie, które narastało w miarę jak przybliżało się ku dolinie.
Zdezorientowaną tym naturę ogarnął chaos. Korony drzew poruszyły się gwałtownie, uwalniając rozpraszające się masy ptaków dziennych, dotychczas ukrytych w bezpiecznych zakamarkach. Ich pełne paniki głosy utworzyły istną kakofonię unoszącą się nad gwałtownie obudzoną doliną. Ziemia nieznacznie drżała pod nogami zwierząt lądowych, uciekających teraz w popłochu. Zaniepokojona wilczyca niepewnie przestępowała z nogi na nogę próbując zrozumieć co się dzieje. Jej ofiary zdążyły już uciec, spłoszone dziwnym zjawiskiem. Ale dla wilczycy własny los stał się obecnie ważniejszy niż pełny brzuch. Drzewa przejęły stopniowo drgania gruntu. Ich korony trzęsły się z dużą częstotliwością, przez co świeże, zdrowe liście pory letniej zaczęły opadać pokrywając ziemię grubą warstwą. Nagle powietrze jakby zgęstniało i zarazem stało się cieplejsze. W dolinę uderzył gorący wicher, który pochylił drzewa niemal do samej ziemi.
Doliną szedł głuchy pomruk, przypominający skargę zmęczonego olbrzyma. Wyprzedzał on nieznacznie widoczną gołym okiem barierę między gęstym wilgotnym powietrzem nocy a tym rozrzedzonym, nagrzanym daleko powyżej punktu wrzenia. Bariera zbliżała się szybciej, niż jakiekolwiek zwierzę zdołało by ją wyprzedzić. Widząca to wadera, w której oczach obijał się blask straszliwej łuny, a w uszach dźwięczał ogłuszający odgłos kruszących się skał budujących majestatyczne góry, które zawsze tu były, odwróciła się tyłem i tylko raz obejrzawszy się za siebie, podjęła ucieczkę.
Jej ciałem rządziły w tej chwili podstawowe instynkty, pragnęła tylko uciec z tego miejsca, zachowując życie. Jej serce pracowało teraz w szaleńczym tempie, pompując krew niczym silny tłok, a każdy mięsień pracował na to, by móc działać choć jeszcze przez chwilę. Wilczyca jeszcze nigdy nie biegła tak szybko, nawet w pogoni za ofiarą. Słyszała za sobą ogłuszający szum, a przed sobą widziała swój pełgający na ziemi cień, odcinający się na ziemi oświetlonej czerwoną łuną. Poczuła nagle okropne gorąco i w tym momencie… przestała istnieć.
                                                                       *
Dolina nie przypominała w niczym tego, co stworzyła sama natura. Nie przypominała też niczego stworzonego przez samego człowieka. Jednak to właśnie człowiek stał się pośrednim twórcą tego, co z doliny zostało po przejściu fali termicznej powstałej po wybuchu bomby atomowej.
Góry, wydawałoby się, niezmienne, zamiast surowych, pokrytych wiecznym śniegiem szczytów, przedstawiały sobą żałosny widok wyszczerbionych, okaleczonych pozostałości łańcucha.
Sama dolina wyglądała teraz porażająco. Spaloną nawet do kilkunastu metrów w głąb ziemię pokrywały co większe osmalone kikuty majestatycznych, wiekowych drzew, tworząc ponure cmentarzysko. Ziemia jeszcze parowała, znikały drobne strumyczki, a z jeziorka zmieniały się w żałosne kałuże, pozostawiając pęczniejące ciała martwych ryb w pozostałych zagłębieniach.
Dużo istot straciło życie w momencie uderzenia fali, wprost wyparowały wtedy w niewyobrażalnym gorącu w ułamku sekund. W ten sposób zniknęły zarówno ptaki, owady, jak i drobne leśne kwiatuszki, będące ozdobą runa w letniej porze. Zniknęła nawet wilczyca i jeżyna, przez którą się przedzierała tak, jak gdyby nigdy żadne z nich nie istniało.
Nieliczne pozostałości niegdyś bujnego życia w dolinie przedstawiały sobą przerażający widok. Oprócz nielicznych spalonych na węgiel i dymiących jeszcze pali będących niegdyś wielkimi drzewami  coś jeszcze dawało oznaki gasnącego życia.
Z kopca ziemi leżącego pod dawnymi korzeniami nieistniejącego już drzewa wygrzebało się jakieś stworzenie. Resztkami sił odgarnęło resztę jałowej ziemi i szeroko otwartym pyskiem zaczerpnęło łyk gorącego, napromieniowanego powietrza. Lis wytężył wszystkie siły, by móc wyczołgać się z kryjówki, po czym padł z nóg, które oparzyły parujące grudy. Leżał więc na boku, dysząc przeraźliwie i jednocześnie pozwalając nieznośnie parzącej ziemi wypalać dziury w sierści, która skręcała się od tego i dymiła, wydzielając okropny smród, który jednak nie przeszkadzał dogorywającemu lisowi. Jednak gdy niemożliwe do zniesienia gorąco dosięgło skóry i zaczęło parzyć, lis wydał z siebie kilka przeciągłych jęków, położył się płasko i nie zwracając już uwagi na rosnący ból, skonał.
Nad doliną wisiały ciężkie jaskrawopomarańczowe radioaktywne chmury, pędzone silnym wiatrem.
Wicher hulał po pustkowiu w martwej dolinie, na cmentarzysku wszechpotężnej Natury, którą przez swoje chwilowe kaprysy zniszczył lekkomyślnie Człowiek.
Jednak mimo to Natura nie ulegała przygnębieniu, nie usiadła w kącie z oczami pełnymi łez, załamując ręce nad losem swoich stworzeń. Właśnie to było impulsem do tego, by zakasać rękawy i zabrać się już teraz do pracy. Ten czas należał do niej. Natura z chytrym uśmieszkiem ledwie widocznym na jej twarzy zakasała rękawy i postanowiła stworzyć świat na nowo. Taki świat, którego Człowiek już nie zdoła zmienić w pył i proch, który będzie mu przeciwny, który stanie mu ością w gardle i będzie starał się przeciwstawić się Człowiekowi. Zresztą… Naturze zawsze się to udawało.
      

© Monika Feluś

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz