sobota, 18 czerwca 2011

czas na opowiadanie! 3 - IZRAELSKI MIOTACZ OGNIA

Witam Was po bardzo długiej przerwie! Niestety, ale chcąc przetrwać, trzeba walczyć. Dotyczy to nie tylko pustkowi, jakie pozostawił po sobie wybuch bomby atomowej, ale także innych dziedzin życia. Studenci zapewne wiedzą, o czym mówię... Na szczęście nas wszystkich, w moim przypadku sesja wkrótce dobiega końca, więc postaram się umieszczać posty częściej. Tymczasem zapraszam na kolejną część "Izraelskiego miotacza ognia". Zainteresowanych odsyłam do postów zatytułowanych "czas na opowiadanie!" i "czas na opowiadanie 2". Miłego czytania!


Rozejrzał się po niegościnnym terenie. Otaczające go zewsząd potrzaskane ruiny będące smutnym świadectwem, a zarazem świadkiem upadku cywilizacji nie wyglądały na odpowiednie miejsce dla zmarłego okrutną śmiercią człowieka. Zresztą zdziczałym zwierzętom nie sprawiłoby trudności wygrzebanie zwłok spod płytkiej warstwy gruzu. Dawid westchnął i podrapał się po głowie, namyślając się.
            -Tu nie ma miejsca dla ciebie – rzekł do olbrzymiego naleśnika leżącego za nim. – Znajdziemy ci inną wieczną kwaterę – uśmiechnął się.
            Przerzucił przez ramię zawiniątko i ruszył żwawym krokiem na poszukiwanie odpowiedniego miejsca pochówku.
            Szedł jakieś dobre dwadzieścia minut, robiąc czasami krótkie postoje i pogwizdując w czasie marszu, gdy zdecydował się zatrzymać i dokonać obrzędu pogrzebowego.
            Zdjął z ramion zawinięte w całun zwłoki i położył je delikatnie na ziemi. Nucąc pod nosem jedyną pogrzebową pieśń jaką znał, kucnął i przejechał dłonią po sypkiej powierzchni gleby. Stwierdziwszy, że będzie stosunkowo łatwo wykopać w niej odpowiednio głęboki dół, rozpoczął kopanie. Nabrał w dłonie kupkę ziemi i odrzucił na bok. Następnie drugą i trzecią. Gdy nabierał kolejną, za jego plecami rozległ się groźny krzyk:
            -Kim jesteś?! Nazwisko, stopień, z czyjego nadania tu jesteś?
            Zamarł w bezruchu. Czas na chwilę zwolnił bieg. Spomiędzy palców podniesionych w powietrzu dłoni cienką strużką przesypywał się z dyskretnym sykiem piasek. Czujny słuch wychwycił poruszającego się w jego kierunku człowieka z ciężkim ekwipunkiem. Słyszał obijające się przyczepione do parcianego pasa granaty, głuche uderzenia podbitych żelazem buciorów i chrzęst przerzuconej przez ramię taśmy z nabojami. I w tym momencie Dawid zrobił to, co nakazał mu jego stosunkowo dziwny rozsądek.
            Zerwał się na równe nogi, pochwycił zwłoki w ręce i przechylając się, ustabilizował swój bieg. Jeszcze nigdy nie robił tak dalekich kroków. Jeszcze nigdy nie podskakiwał tak wysoko. Jeszcze nigdy nie biegł tak szybko z kilkudziesięciokilogramowym balastem w rękach.
            Usłyszał rozlegającą się za nim salwę ostrzegawczą wymierzoną w powietrze. Mimo to biegł dalej, niejako ciesząc się w tej chwili z nieposłuszeństwa.
            Wtem ze znacznie bliższej odległości, w dodatku przed nim, rozległa się kolejna salwa, dziurawiąc piasek tuż przed jego stopami. Dawid stanął jak na baczność i trwał w bezruchu, aż doszło do niego dwóch mężczyzn ubranych w grube i ciężkie mundury z kamuflażem pustynnym.  Pierwszy doszedł do niego mężczyzna, który do niego wołał i wypuścił pierwszą salwę. Stanął w pewnej odległości od Dawida i wymierzył w jego plecy swoją broń.
            -Nie ruszaj się! Kim jesteś i co tu robisz?!
            Wtedy dotarł też drugi umundurowany, który strzelał z przodu. Również wymierzył w Dawida karabin.
            -Kim jesteś? Odpowiadaj na pytania!
            Dawid nie odpowiadał, ale żeby być bardziej wiarygodnym i udowodnić swoje pokojowe zamiary, położył delikatnie na ziemi zwłoki i bardzo powoli podniósł ręce nad głowę.
            -Co on tam ma, do cholery? – krzyknął jeden z mężczyzn, nie spuszczając z muszki Dawida.
            -Uważaj, to może być bomba! – odkrzyknął drugi i wyciągnął z kieszeni miniaturowy średniozasięgowy wykrywacz metali. Przejechał nim w powietrzu i dwukrotnie odnotował zwiększenie odbieranego sygnału.
            -To nie bomba. Skoncentrowany, krótki sygnał świadczy o punktowej obecności metalu. Jeden metalowy przedmiot ma ten obdartus, a drugi znajduje się w tym zawiniątku.
            Wiedząc, że zrezygnowany napastnik nie jest groźny i go nie zaatakuje, żołnierz podszedł do Dawida i wyciągnął z jego kieszeni otwieracz do konserw.
            -A teraz zobaczymy, co jest w środku – szepnął, nachylając się do zawiniątka. Odchylił kawałek materiału i zobaczył zwęgloną, wyszczerzoną twarz. Zmarszczył nos i nagle odczuł pewien niepokój. Rozchylił więcej materiału w poszukiwaniu metalowej części, która ujawniła się przy badaniu wykrywaczem metali. Rozchylił spalone szczątki ubrania i wyciągnął spod nich osmalony nieśmiertelnik zawieszony na cienkim łańcuszku.
            -Dima! Dima! – krzyknął, otworzywszy szeroko oczy do kompana. Podniósł wysoko w powietrze blaszkę, która zalśniła w górze, odbijając światło poatomowego słońca – Dima! To jeden z naszych!
            Wszyscy trzej patrzyli jak zahipnotyzowani w kiwający się na łańcuszku nieśmiertelnik. Wreszcie, zanim Dawid zdążył to sobie uświadomić, stojący przed nim żołnierz ocknął się i poczęstował go solidnym, pozbawiającym świadomości uderzeniem w skroń.

© Monika Feluś

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz