poniedziałek, 18 lipca 2011

czas na opowiadanie! - część 4. IZRAELSKI MIOTACZ OGNIA

Witam Was w wakacyjnym czasie, moi towarzysze niedoli! Nie będę się rozpisywać, bo wiem, że to czas odpoczynku, wylegiwania się na plaży i uprawiania sportów. Zatem nie przeszkadzam, życzę miłych wakacji, ale nie zapominajcie o tym, że bomba jądrowa może wybuchnąć w każdej chwili! Oby w trakcie oglądania zachodu słońca horyzontu nie przesłoniła Wam sylwetka rosnącego grzyba atomowego...
Tymczasem pozwólcie, że pokażę Wam kolejną część mojego opowiadania. Jak pamiętamy, w czasach po wybuchu wojny atomowej, główny bohater starał się urządzić pogrzeb człowiekowi, który przez przypadek natknął się na jego prowizoryczny miotacz ognia....


JASKINIA LWA



            Gdy Dawid odzyskał przytomność, nadal nic nie mógł dostrzec, gdyż znajdował się w ciemnym, zamkniętym pomieszczeniu pozbawionym okien. Podniósł głowę i wdychając powoli powietrze wyczuł nikły zapach mokrej ziemi i lekki aromat pleśni ze szczyptą odoru charakterystycznego dla stęchlizny. Wyczuł też dużą wilgoć panującą w atmosferze tego pomieszczenia.

            Jak przez mgłę przypominał sobie, że był gdzieś przenoszony, później, że go rozebrano i wykąpano w czymś, a następnie ubrano w biały kitel.

            Podparł się rękami i stanął na nogach. Wyprostowując plecy, uderzył potylicą w jakąś wiszącą nisko rurę, która zadudniła nieprzyjemnie w rytm jego jęku.

            -Ej, ty! – usłyszał krzyk z niedaleka – gdzie się wybierasz? Spacerków się zachciało?

            Inny, równie parszywy głos, roześmiał się dźwiękiem przypominającym rechot ropuchy.

            Dawid wyciągnął ręce przed siebie i zaczął macać ciemność przed sobą. Natrafił na kraty oddzielające go od głosów. Uwiesił się na poprzeczce.

            -Panowie, przecież jestem niewinny, dlaczego trzymacie mnie w więzieniu?

            -Za samą mordę ci się należy – zarechotał Ropuch. Dawid usłyszał ruch podnoszącego się ociężałego cielska i człapanie masywnych nóg. Ropuch podchodził do krat.

            -Czego chcesz? – zagrzmiał tuz przy uchu Dawida, mimo że ten go nawet nie widział.

            -Mógłbym poprosić o papierosa? – zapytał grzecznie, gestykulując nieznacznie. Wtem Ropuch chwycił go jedną wielką jak bochen dłonią za obie ręce i pociągnął w swoją stronę, aż Dawid uderzył klatką piersiową o kratę. Poczuł jak między pręty zostaje wsunięta gładka lufa małego pistoletu, która dotknęła jego policzka.

            -Mogę od razu dać ci ognia… choć nie wiem, czy powinieneś mieć z nim styczność… - wycedził, a Dawid szybko pomyślał, że nie są to słowa, jakie chciałby usłyszeć na końcu życia. Próbował się wywinąć z nieprzyjemnych objęć. Mimo iż wił się jak piskorz, a serce tykało w nim jak u sikorki, pozostał w żelaznym uścisku potężnego Ropucha, który zaczął rechotać, rozbawiony tą sytuacją.

            Wtem rozległ się zgrzyt przypominający odkręcanie zardzewiałego zaworu i pomieszczenie wypełniło się jasnym światłem. W prostokątnym wejściu do więzienia pojawiły się trzy wyprostowane sylwetki ludzi, których twarze spowijał cień. Rzucali długie cienie dochodzące aż do celi Dawida.

            Ropuch szybko wyzwolił ręce uwięzionego mężczyzny i odwrócił się do drzwi. Z krzesła stojącego przy lichym stoliku zerwał się drugi strażnik, prostując się jak struna. Oboje zasalutowali i stali na baczność. Na oczach mieli nałożone noktowizory, dlatego mimo niemal nieprzeniknionych ciemności cokolwiek mogli zobaczyć.

            -Proszę uwolnić więźnia i przyprowadzić go do sektora 2E-L.

            -Tak jest, panie pułkowniku! – zakrzyknął strażnik stojący przy stoliku.

            Trzy sylwetki zniknęły w świetle dochodzącym z korytarza, a Ropuch otworzył i szarpnął drzwi celi, rozścielając przed nieufnie spoglądającym nań Dawidem wizję wolności.

            -Udało ci się – mruknął groźnie, wodząc czerwonymi obiektywami noktowizora już teraz byłego więźnia, skuwanego w kajdanki i wyprowadzanego przez drugiego strażnika.

            Wyszli na korytarz oświetlony jasnym światłem. Strażnik zdjął noktowizor, a Dawid zmrużył oczy. Niezbyt wyraźnie widział mijane wejścia do innych pomieszczeń, oznaczone dziwnymi skrótami. Raz zza jakichś z kolei drzwi wysunęła się szczupła blondynka z włosami zawiązanymi w warkocz. Strażnik uśmiechnął się do niej i nieznacznym ruchem uniósł rękę w stronę jej pośladków. Kobieta zauważyła to, pisnęła cicho i uchyliła się przed zaczepką. Spojrzała niepoważnym wyrazem oczu na mężczyznę i pokiwała palcem. On zaś zaśmiał się serdecznie na cały korytarz.

            Okazało się, że dotarcie do wskazanego sektora wymagało użycia windy. Weszli do dźwigu i strażnik nacisnął guzik z numerem 2.

            -Dokąd jedziemy? – zapytał nieśmiało Dawid.

            Strażnik zmierzył go z niechętnym i zniesmaczonym wyrazem twarzy.

            -Pułkownik Pietrowicz chce się z tobą widzieć.

            Dawid nie wiedział, czy ma czuć się zaszczycony, czy przerażony. Nie miał pojęcia, co może go spotkać w gabinecie pułkownika Pietrowicza.


© Monika Feluś

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz