czwartek, 1 września 2011

IZRAELSKI MIOTACZ OGNIA - c.d.

Kolejna odsłona historii o konstruktorze zabójczego miotacza ognia... Zapraszam do lektury!!!
*
*

-Pułkownik Pietrowicz chce się z tobą widzieć.
Dawid nie wiedział, czy ma czuć się zaszczycony, czy przerażony. Nie miał pojęcia, co może go spotkać w gabinecie pułkownika Pietrowicza.
Winda oznajmiła przybycie na żądany poziom. Teraz skierowali się do sektora oznaczonego literą E. Z tego, co Dawid zauważył, pozostałymi literami, jakie znajdowały się przy windzie, były litery W, S i N. Uśmiechnął się do siebie, niejako rozwiązawszy tajemniczy skrót 2 E-L. Gdy doszli do rozwidlenia korytarza, Dawid z szerokim uśmiechem oznajmił strażnikowi:
-Teraz proszę w lewo.
Ten nieco zdziwił się odpowiedzią, ale jakby posłusznie słuchając więźnia, skierował się wraz z nim w lewą odnogę.
Stanęli przed jednymi z drzwi i choć nie były one jednak opatrzone żadną plakietką ani wizytówką, to żołnierz dotknął palcem guzika przy drzwiach. Rozległ się męski głos.
-Tak? Słucham?
-Melduję się, Borys Bajkalewicz! Przyprowadziłem więźnia do pułkownika Pietrowicza!
-Wejść! – po tych słowach rozległ się syk mechanizmu otwierającego drzwi i ukazało się gustowne wnętrze gabinetu pułkownika.
Było urządzone jak prawdziwy gabinet, gabinet schludny, czysty, sprzyjający miłej atmosferze spotkań. Do właściwego gabinetu prowadził krótki korytarzyk, wyłożony wzorzystym czerwonym chodnikiem, na którym strażnik rozkazał zostawić więźniowi brudne buty, jedyną jego własność, jaką mu pozostawiono . Stał też tam podłużny stolik, na którym stał kryształowy wazon ze sztucznymi tulipanami, a nad nimi wisiało lustro, w którym Dawid zobaczył swoją gęsto zarośniętą ciemnymi wąsami twarz. Następnie korytarz się skończył i od razu przechodził w duży gabinet, w którym z jednej strony stała wypełniona po brzegi biblioteczka, a z drugiej dębowa komoda, a na niej patefon, na którym krążyła właśnie skończona płyta. W części centralnej stało masywne biurko, na którym stała lampka, butelka jakiegoś wykwintnego alkoholu i dwa smukłe kieliszki. Za biurkiem z obu jego stron stały dwa krzesła, jedno – bliżej wejścia – skromniejsze, drewniane, drugie – stojące przed olbrzymią rozświetloną ciepłym, mlecznym światłem matową szybą imitującą okno – było wysokie, obite skórą, świadczyło o randze właściciela. Siedział na nim pułkownik o włosach przyprószonych siwizną i siwym wąsikiem nad pełnymi ustami, przeglądający okładki płyt gramofonowych.
-Melduję się, Borys Bajkalewicz! Przyprowadziłem więźnia! – krzyknął strażnik, zamaszyście salutując, co spłoszyło nieco Dawida.
-Odmaszerować, Bajkalewicz – mruknął pułkownik, nie odrywając wzroku od płyt.
Nieco zawiedziony reakcją pułkownika strażnik odszedł niedbale. Dawid został sam na sam z pułkownikiem. Poczuł się niepewnie. Przez chwilę wojskowy zachowywał się tak, jakby sam znajdował się w gabinecie.
Dopiero po chwili podniósł bladoniebieskie oczy na gościa. Wskazał ręką drewniane krzesło.
-Proszę, usiądź – zachęcił. Czując się nieswojo Dawid przycupnął na brzeżku krzesła. Pułkownik podszedł do patefonu i nastawił inną płytę. Były to delikatne, a zarazem drapieżne i romantyczne nokturny Liszta.
-Lubię muzykę, a pan? – zapytał pułkownik, wracając do fotela. Dawid aż poczuł, jaką zrobił kretyńską minę.
-Bardziej podoba mi się Bach – rzekł wreszcie. Tymczasem poza zasięgiem wzroku pułkownika kawałkiem znalezionego w jednym z butów drucika mocował się z zamknięciem przy kajdankach.
Pułkownik odkręcił butelkę i nalał do obu kieliszków. Podsunął jeden z nich Dawidowi, a sam wziął drugi do ręki.
-Proponuję wznieść toast za ocalałych – podniósł swoje szkło.
Dawid ujął kieliszek w dłoń i uśmiechnął się myśląc o przyjacielskim nastawieniu pułkownika powtórzył:
-Za ocalałych – wychylił kieliszek, ale dostrzegł, że pułkownik tego nie uczynił.
-A gdyby ten alkohol został zatruty? – zagaił wojskowy, unosząc nieznacznie brew.
Palce następcy Liszta wartko biegły po klawiaturze fortepianu, wydobywając przecudne dźwięki. Trwający w bezruchu jak posąg pułkownik Pietrowicz z uniesioną szelmowsko brwią. Dawid z dyndającymi u lewej ręki otwartymi kajdankami, z tkwiącym na granicy gardła łykiem potencjalnie zatrutego alkoholu.


© Monika Feluś

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz