wtorek, 29 listopada 2011

Brzask odc. 4

Witajcie, pragnę wam przekazać kolejny odcinek powieści "Brzask". Tym razem bohaterowie wkraczają do biednych dystryktów, zamieszkanych przez Rosjan i Chińczyków oraz masy innych mniejszości narodowych i etnicznych. Zapraszam do śledzenia ich przygód!

Odc. 4


Samochód zaczął wjeżdżać w dość nieciekawą okolicę, piękne autostrady i eleganckie budynki ustąpiły miejsca starym, zdezelowanym barakom, które lata świetności miały już dawno za sobą. Wzdłuż dziurawej ulicy, która tak naprawdę była już podłożem skalnym, rozpościerały się szerokie chodniki, na których toczyło się całe życie tego zapomnianego przez Polaków miejsca. Większość dystryktów utrzymywano w przyzwoitym stanie, były  biedne to trzeba przyznać, jednak dobrze utrzymane i czyste. Sektory H i F należały do najgorszych, ponieważ zamieszkiwały je mniejszości etniczne, które były zamieszane w wiele podejrzanych interesów. 

- Mitrov, spójrz na tych ludzi! – Sikorski jadąc bardzo powoli, spojrzał w lusterko z zatroskaną miną – Kogo widzisz? – Po czym wskazał ludzi stojących na chodniku, palących papierosy, gdzieś biegnących, ogólnie chodziło mu o tych wszystkich, którzy byli poza pojazdem. 

- Panie chorąży, widzę swój dom i ludzi biednych, zatroskanych o przyszły byt! - Z wyraźną miną oburzenia dał znać swojemu zwierzchnikowi, że nie da się nabrać na próbę prowokacji.  Przecież on chce mnie sprawdzić! - myślał – Chce zobaczyć, czy wybuchnę agresją, przecież wie, że stąd jestem! Bogacz z sektora A - Myśli były bujne u Mitrova, twarz jednak była w iście pokerowym wyrazie.

- Dobra odpowiedź! – Po czym chorąży uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Mitrova, ten z kolei wydał się mu mocno zaskoczony – Tak, Mitrov, ludzie tutaj w większości są po prostu biedakami, nic więcej, jednakże bieda jest czynnikiem kryminogennym i popycha ludzi do różnych kroków. A o tym akcie kanibalizmu, co miał tutaj miejsce jakiś czas temu, to już nie wspomnę. W każdym razie nie myśl sobie, że jesteśmy z Panem Ryżym uprzedzeni do kogokolwiek. Tak w ogóle to gdzie mieszkałeś? – Sikorski zwolnił, i włączył kierunkowskaz skręcając z dzielnicy Rosjan do sektora chińskiego.

Krajobraz zmienił się diametralnie, sklepy z rosyjskimi napisami zniknęły z horyzontu, teraz jak daleko sięgał wzrok, widok  przypominał istny raj, wszędzie były chińskie napisy, kolorowe lampiony i wstęgi, a po ulicach wędrowały całe masy Azjatek i Azjatów. Pozory względnego porządku i ułożenia były bardzo złudne, wszystko tutaj w ryzach trzymała potężna chińska mafia, która na dodatek miała dobre stosunki z mafią rosyjską. 

Po chwili milczenia i ogólnej konsternacji, Mitrov wysunął się do przodu tak, że był na równi z kierowcą i Ryżym, po czym wskazał palcem jedną z kamienic, która wyglądem przypominała resztę. – O tutaj właśnie ostatnio mieszkałem, Chińczycy mają trochę mniejsze ceny najmu i mogłem sobie pozwolić na wynajęcie kawalerki, zresztą znałem od małego takiego Zao, ten jegomość tutaj trochę rządził, a teraz o ile dobrze wiem został prawą ręką jakiegoś ważniaka, także jestem tutaj praktycznie nietykalny. 

Wywód jednak przerwało gwałtowne hamowanie, mimo małej prędkości pasy zdołały wbić się w klatki piersiowe trzech pasażerów. 

- Co się stało?! – odezwał się lekko oszołomiony Ryży. 

- Dzieciak wybiegł na jezdnię, taki mały, mało co brakowało, a leżałby pod kołami. Tam jest, widzicie? – Sikorski pokazał wyraźnym kiwnięciem głowy na małego szkraba, który latał wszędzie jak szalony – Jak go matka nie będzie pilnować, to go kiedyś coś przyjedzie i taki będzie finał. 

- Panie chorąży, nie ma co się dziwić, że on tak szaleje tutaj. – Mitrov wydał się Sikorskiemu bardzo zaznajomionym z tym maluchem. – Zresztą on nie jest taki mały, po prostu nie wyrósł, a ma z 10 lat. Zresztą to dzieciak Tunga, jednego z żołnierzy. Niech pan chorąży wierzy, jak on chce, żeby ktoś skakał na jednej nodze, ten musi to zrobić, nawet jak by był to staruszek z drewnianą nogą. Lepiej go unikajmy, bo można sobie narobić kłopotu. Kiedyś podobno jeden z jego nauczycieli dał mu klapsa, później, no cóż, znaleźli obgryzione kości. 

- Mitrov, przestań mi czynić honory, jesteśmy na tajnej akcji i masz się posługiwać pseudonimami, zresztą przypomnijmy je sobie! – Sikorski powoli ruszył i skręcił w ulicę Arbat, na końcu której leżała knajpa gdzie miał być Wong. – Mitrov kim jesteś? 

- Aleksander Nowokin, fryzjer z dzielnicy C. - Wyrecytował z pamięci Mitrov z nutką znudzenia.
-Ryży, a ty? – Sikorski spojrzał na pasażera obok i kiwnął głową w stronę mężczyzny, który cały czas wyglądał przez okno. 

- Ja jestem Sławomirem Jurkiem, maszynista z bloku C. – Z taką samą obojętnością jak Mitrov wymówił swoje nowe dane osobowe.

- A ja jestem Mikołajem Wolickim, pisarz. 

- Tak w ogóle powiedź mi, Grzegorz, po co te wszystkie tajemnice, my w wywiadzie podajemy swoje dane i już, wierz mi bądź nie, ale wielu szuka nas w bazach danych i nie może znaleźć, tak czy inaczej. – Ryży z wyrazami zażenowania zwrócił się do Sikorskiego. 

- Nie wiem, Darek, po prostu dowództwo kazało i już. Najwidoczniej wiedzą więcej od nas. No dobra, jesteśmy – Samochód powoli zwolnił i w końcu zatrzymał się pod knajpą, gdzie byli umówieni z Wongiem. Przed drzwiami stało dwóch ciemnych typów w eleganckich czarnych garniturach, ich twarze przypominały Sikorskiemu twarze znanych azjatyckich aktorów. Każdy z nich miał pod marynarką pistolet automatyczny, których zresztą nie ukrywali, a wręcz przeciwnie. – Za 10 minut mamy umówione spotkanie, robimy tak: wychodzimy z samochodu, śmiejemy się i niby idziemy się napić po pracy. Jakby nas zatrzymali, to ja będę gadał, jasne? 

- Nie! - Wyraźnie zaoponował Mitrov. - Ja ich znam, pozwólcie mi działać.

- Dobra, Mitrov, skoro ich znasz, droga wolna. 

Mężczyźni wysiedli z wozu, zatrzaskując wszystkie drzwi, zaczęli się wesoło śmiać i opowiadać sobie kawały, powoli weszli na chodnik i zmierzali w kierunku drzwi, które otaczały dwa pięknie wyrzeźbione smoki pomalowane złotą farbą, schody zaś wyłożone były czerwonym dywanem. Podeszli bliżej ochroniarzy i już chcieli wejść, gdy nagle wyższy tubalnym głosem i łamaną polszczyzną powiedział:

- Czego tu?! - Chwycił za pistolet nie wyciągając go ze skórzanej kabury.  

- No co ty, Jintao?! Ludzi nie poznajesz?! – Mitrov podszedł bliżej Azjaty, ten zaś wyraźnie przyjrzał się niższemu Europejczykowi, po czym wyciągnął całkiem pokaźną broń i wycelował w czoło Mitrova. Jego twarz miała wyraz kamienny i przypominała wyglądam popiersie, zamarłe w swoim pięknie.

- BANG! Bang! – Uśmiechnął się i przytulił swoim niedźwiedzim uściskiem skromnego Mitrova. – Pewnie, że cię pamiętam, kumplu. Co was sprowadza w te okolice? – Chińczyk podrapał się swoim pistoletem po głowie i schował go do kabury. 

- A wiesz, przyprowadziłem kolegów do baru na jednego. Chyba nie macie nic przeciwko? –Zapytał ostrożnie swojego starego kolegę, lekko przystępując z nogi na nogę. 

- Coś ty, właź! Zamówcie coś do jedzenia, mamy nowego kucharza, całkiem smacznie gotuje, polecam szczególnie sajgonki i pierożki. – Między słowami dało się słyszeć ciche burczenie w brzuchu wielkiego  Azjaty. 

- Dzięki, Jintao, przedzwonię do ciebie na dniach. Cześć! – Jintao klepnął w plecy swojego znajomego i znowu zmienił się w słup soli bez emocji. Mężczyźni szybko weszli do restauracji która, jak się okazało, była samym epicentrum mafijnych interesów. W środku siedziało pełno Chińczyków i Rosjan, którzy najwyraźniej budowali mafijną przyjaźń, między oboma narodami. Wnętrze było bardzo bogato urządzone. Luksusowe skórzane meble, stoliki z prawdziwego drzewa i kryształowe żyrandole, napełniały mężczyzn pewnym podziwem i strachem jednocześnie, zdali sobie sprawę, że są w samym centrum gniazda, wypełnionym gangsterami. Po chwili barman podszedł i postawił przed nimi trzy kufle piwa. 

- A to co? – Z wielkimi oczami zwrócił się w stronę barmana Ryży.

- To na koszt pana Zao - Barman cichym głosem i delikatnym wskazaniem oczu pokazał jednego z mężczyzn siedzącego przy stoliku z kilkoma Rosjanami i Chińczykami. Mitrov zobaczył tam dobrze znanego sobie kumpla Zao, który był ubrany w elegancki garnitur. Zao na zetknięcie się spojrzeń obu grup podniósł rękę w geście przywitania. Agenci również podnieśli swoje dłonie pokazując pokojowe zamiary, wrócili spojrzeniami w lustra bursztynowych napitków. Mitrov delikatnie, prawie niezauważalnie, spojrzał na mężczyzn siedzących obok niego, przychylił się do ucha Sikorskiego i bardzo cichym szeptem powiedział:

- Idźcie sami! Nie możemy wzbudzać podejrzeń wobec Zao. Po krótkiej chwili chwycił w rękę kufel zimnego piwa i zaczął je wlewać małymi łykami w odmęty swojego przełyku. Po opróżnieniu kufla podniósł się i podszedł do stolika gdzie siedział Zao z chińsko-rosyjskim towarzystwem. Tamci wstali i pokazali dłonią na wolne krzesło, Mitrov  kiwnął głową w geście przyzwolenia i usiadł koło swojego starego przyjaciela.Kelner szybko podskoczył i przyniósł im szklaneczki z whisky. Sikorski i Ryży wykorzystali sytuację, którą stworzył im Mitrov i odeszli od baru wymykając się uwadze Zao. Udali się w przeciwległym kierunku sali, gdzie siedziało już o wiele mniej ludzi, a szmer mieszanych rozmów chińsko-rosyjskich prawie umilkł.

Sikorski taksował piękną salę w poszukiwaniu Wonga. Znalezienie go nie było trudne, okazało się, że Wong jest wielkim jegomościem o wielkich barkach i iście konfucjańskiej brodzie. Przed sobą trzymał najnowszy numer prasy lokalnej „Pekin News”. Gazetę czytał wolno i systematycznie, zmieniając stronę za stroną. Mężczyźni podeszli bardzo blisko, ten jednak nie zwracał na nich uwagi i czytał dalej. 

- Widzę, że czyta pan gazetę lokalną! – odezwał się Ryży z wesołym uśmiechem na ustach. Chińczyk ledwo podniósł swoje zamyślone oczy ponad linię pisma. Zmierzył obu wzrokiem i bardzo szybko przeniósł swoją uwagę z powrotem na obrazki w prasie.

- Tak. – Odpowiedział w iście spartański sposób, z nutką niegrzeczności w głosie. Ryży jednak nie dawał się zwieść. I grzecznie kontynuował.

- A jadł pan kiedyś kaczkę po pekińsku? – Opierając się obiema rękoma o krzesło agent wychylił się w kierunku Wonga. Tamten powoli opuścił gazetę, złożył ją w równą kostkę i odłożył na stół centralnie przed sobą. 

- Nie. Ale moim ulubionym daniem jest kaczka po seczuańsku. Siadajcie! – Wskazał ręką krzesła znajdujące się po drugiej stronie stolika. Ryży i Sikorski szybko usiedli i słuchali co mężczyzna ma do powiedzenia. 

- Myślałem, że nie przyjdziecie, siedzę tak i siedzę od pół godziny! Umówieni byliśmy na w pół do 7!

– Chińczyk lekkim głosem sprzeciwił się opieszałości agentów. – Wy naprawdę myślicie, że mam czas siedzieć w knajpie przy kawce? 

- Dowództwo powiedziało, że mamy się spotkać o 7. – Sikorski poprawił w sposób wybitnie grzeczny i z iście angielską flegmą masywnego chińskiego gangstera.

copyright: Damian Korzeb

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz