poniedziałek, 21 listopada 2011

To tylko początek Odc. 1

Witam Kochani. Pozwalam sobie zamieścić tutaj moje nieco starsze opowiadanie, które zamierzam odkurzyć i wam je tutaj prezentować. Opowiadanie to dzieje się w moim rodzinnym mieście! Chciał bym pokazać, że wydarzenia o skali światowej dzieją się wszędzie nie tylko w USA albo Rosji. Zapraszam do lektury! Pozdrawiam. Damian.


Piątkowy wieczór w Pruszkowie był wyjątkowo spokojny. Wiele zgłoszeń nie było. Jedynie jakieś awantury bądź za głośno puszczona muzyka. Miasto szykowało się do snu. Odgłosy biegnące z Alei Wojska Polskiego cichły. Parkingi przed blokami zapełniały się coraz większą liczbą nowych i zdezelowanych aut. Noc oznaczała spokój i wytchnienie dla zmęczonych i zagonionych mieszkańców. Jednakże nie dla wszystkich był to okres spokojny. Byli tacy ludzie, którzy musieli w czasie nocy stanąć na baczność i reagować na wybryki zdemoralizowanych ludzi. Takim człowiekiem był m.in. Wiktor Kozłow.
Zegarek wybił godzinę ósmą wieczór, która oznaczała, że Wiktor ma godzinę czasu na dostanie się do miejsca pracy. Spojrzał wesołym uśmiechem na zegarek, który stał tuż przed nim. Podniósł się z fotela i jednym ruchem ręki zamknął laptopa, na którym oglądał jakieś śmieszne filmiki w jednym z serwisów internetowych. Po podniesieniu swojego cienkiego, ale sprawnego cielska, udał się do ubikacji. Toaleta oddzielona była od kawalerki Wiktora krótkim przedpokojem i drzwiami, wykonanymi z ciężkich mahoniowych desek . Wiktor wchodząc do łazienki zapalił światło i szybkim ruchem spojrzał na lustro przed nim. Twarz Wiktora wyrażała wszystkie przygody jakie przeżył. Brązowe oczy zatopione były w niezbyt głębokich oczodołach. Sama twarz była smukła i pokryta dwiema bliznami, które kiedyś zarobił od żołnierzy mafii pruszkowskiej. Włosy miał jak zwykle poczochrane, broda natomiast była bardzo zadbana. Wiktor chwycił za wyszczerbiony grzebień i w mgnieniu oka zrobił z niesforną czupryną drobny porządek. Toaleta przed pracą nigdy nie była długa, Wiktor niezbicie dbał o czystość. Po zabiegach przed lustrem przysiadł na muszli i zaczął sprawdzać pocztę w swojej komórce z usługą internetu "za pół darmo"
- No dobra, zobaczymy co tam mi spam przysłał. - Po czym Wiktor zalogował się na swoją skrzynkę meilową. Nic tam nie było oprócz reklamy jakichś zniżek, których pewnie w życiu by nie wykorzystał. Nie zwykł kupować garnków za pół ceny. Wystarczył mu jeden, ten, który dostał od babci.
- Jak zwykle nic nie ma. Ale czego ja się spodziewałem ? Od lat już nikt do mnie nie pisze. No dobrze, czas się zbierać do pracy.
Po chwili już znajdował się w oświetlonym przez żarówki pokoju, gdzie nie było wiele mebli. Sofa, biurko, komoda na której stał telewizor oraz spory sejf, stojący w jednym z rogów mieszkania. Wiktor lubił dywany, dlatego na podłodze leżał bordowy perski dywan. Wiktor wkroczył na niego powolnym ruchem kierując się w stronę komody. Wysunął dłoń w kierunku jednej z szuflad, gdzie trzymał ciuchy. Otworzył lekkie bukowe drzwiczki i wyciągnął wytargane jeansowe spodnie i czarną koszulę z nadrukowanym znakiem stop, po czym szybko wciągnął na siebie te ubranie, założył parę czarnych skarpet i podszedł do sejfu. Wyciągnął sztywne paluchy w kierunku cyferblatu.
- No dobra, jaki to był PIN ? Może 6667 ?
Wstukał kod po czym sejf, głośną warknął oznajmiając błędny kod.
- Cholera. - Warknął Wiktor, sięgnął do spodni i wyciągnął komórkę, wygrzebał w książce telefonicznej człowieka o imieniu Aleksander Newski. I tam przeczytał jaki ma PIN. Skrzętnie go ukrył w cyfrach początkowych numeru telefonu.
- No dobra 6698. - Sejf charakterystycznie piknął, wydał z siebie dźwięk przesuwających się skobli po czym wolno ukazał swoją zawartość. W środku było sporo pieniędzy, dwa Glocki, Magnum kaliber 44 i UZI, które zdobył kiedyś w nielegalny sposób. Myślał sobie, że na wypadek anarchii będzie jak znalazł. W kasie pancernej było też sporo paczek z amunicją. Wiktor chwycił służbowego Glocka i pokrowiec. Przypiął pokrowiec do paska i wsadził tam pistolet. Nie minęła dłuższa chwila gdy zegarek wskazał godzinę za dwadzieścia dziewiątą.
Po chwili Wiktor znajdował się pod blokiem z rowerem u swojego boku. Wiktor mieszkał na Osiedlu Staszica w jednym z wieżowców. Budynek był dość przeciętny i niczym się nie wyróżniał z tła. Ta część o tej porze już wymierała, a raczej zmieniało tryb życia. Na ulicę wychodziły różne męty, których normalni ludzie bardzo się obawiali. Wiktor wsiadł na swojego srebrnego górala i szybko ruszył wzdłuż ulicy Plantowej. Jadąc mijał lokalną szkołę podstawową gdzie już nie było dzieciaków, tylko zdemoralizowana młodzież gimnazjalna, która z wysoką motywacją wykrzykiwała hasła, lekko mówiąc, anty-policyjne. Wiktor dobrze pamiętał pewne spotkanie z jednym z nich, zaskoczony był jego bezczelnością i brakiem szacunku do innych ludzi.
- Rudzielec był tak bezczelny, że wyzywał mnie od ... najgorszych. A potem się okazało, że jego tatuś jest jakimś ważniakiem w KGP. - Powiedział to sam do siebie pedałując. Aut na ulicach ubywało. Tylko co jakiś czas wymijały go jakieś samochody. Po chwili Wiktor znajdował się na skrzyżowaniu ulicy Plantowej i Powstańców, skręcił w tą drugą i wjechał na ścieżkę dla rowerów. Przed sobą zobaczył sporą grupę łysych młodzian, stojących tak, że nie mógł ich wyminąć. Zwolnił cały czas patrząc im prosto w oczy z niezbyt miłą miną. Okazało się, że to były tylko banda wymoczków, szybko ulegli wojnie psychologicznej i wycofali się, robiąc odpowiednią ilość miejsca.
- Patrz jaki frajer. Myśli, że jest taki mocny! - Po czym młodzianie rzucili butelką po piwie w jego kierunku, która równym łomotem roztrzaskała się o szarawą kostkę brukową. - Usłyszał będąc oddalonym od nich, już o całkiem spory dystans. Postanowił ich zignorować i jechać dalej. Szybko znalazł się na skrzyżowaniu ulic Powstańców i Wojska Polskiego. Zdążył na zielone światło, także przejechał szybko skrzyżowanie. Chodniki przy głównej ulicy były puste, bardzo mała ilość ludzi. Jakieś resztki przemykały się w cieniu. Oby do domu szybko i spać. Pruszków słynął z tego, że życie tu zamierało już około godziny 17. Wiktor bardzo szybko znalazł się na ulicy Kraszewskiego jadąc przez okoliczne podwórka. Ulica Kraszewskiego była doprawdy przepiękna, to była reprezentacyjna ulica miasta, pruszkowski magistrat nie żałował pieniędzy na remont i krótko mówiąc odpicowanie ulicy. Wiktor szybko minął kościół św. Kazimierza, którego architekturę uwydatniała iluminacja. Sąd po lewej, wydawał się opustoszałym jedyne światło pochodziło z pomieszczenia dozorcy, który pilnował miejsca złudnej sprawiedliwości. Następny w kolejce był urząd miasta, który nie był okazały, ot zwykła kamienica przerobiona na urząd. Komenda przywitała Wiktora otwartymi drzwiami i wychodzącymi przez nie dwóch policjantów, którzy Wiktorowi machnęli ręką i żwawym krokiem ruszyli na patrol.
Wiktor jak zwykle przypiął rower do stojaka przy komendzie, którą to nie dawno wyremontowano ze środków powiatu pruszkowskiego. Wiktor po zabezpieczeniu roweru wskoczył szybko po nowych schodach do drzwi komendy. Lobby komisariatu w Pruszkowie było doprawdy piękne. Wszędzie stały nowe meble, ściany lśniły blaskiem nowej farby w kremowym odcieniu bieli, podłoga zachęcała do stąpania po niej swoją czystością i blaskiem odbijających się jarzeniówek. W głębi za ladą siedział stary znajomy Wiktora, Julian. Był to doświadczony glinaż, który pracował przy likwidowaniu gangu pruszkowskiego. Praca ta wywarła tak silny wpływ na psychikę Juliana, który nie pragnął niczego innego jak spokoju, i tak oto właśnie wylądował w miejscu dla żółtodziobów.
- Cześć Witek! - Odezwał się Julian widząc wchodzącego kolegę. Wiktor podszedł do lady, gdzie siedział elegancki mężczyzna w wypracowanym mundurze.
- Cześć Julek! Co tam u Ciebie słychać? Jak remont łazienki? Może Ci będę mógł w czymś pomóc ? - Julian wyszczerzył zęby i wstał do stojącego kolegi. Po czym podał mu dłoń w geście przywitania. Jego facjata była dość młoda, jednak miał już swoje lata, było to widać po szpakowatych włosach, które zaczesywał na przedziałek w prawo. Oczy miał brązowe jak węgiel brunatny, natomiast na jego twarzy od ucha do ust prowadziła równa szrama była ona pamiątką po gangu pruszkowskim.
- Bardzo dziękuje, że pytasz Wiktor. Ale nie dziękuje. Wszystko już zrobiłem. Zostało mi zamontowanie sedesu. Wiesz jaki fajny sobie kupiłem ? Taki z bidetem zamontowanym i klapą, która powoli się opuszcza ! No po prostu luksus. A to za jedyne 400 zł! - Oczy Wiktora błysnęły milionem iskier na tę wiadomość. W jego głowie zrodziła się myśl, że przecież jego także stać na takie cacko. Jego wysłużona muszla nadawała się już tylko na ze złomowanie. Teraz czas na coś ekstra. W końcu nie na darmo sedes nosi miano tronu! - Pomyślał z nutką triumfu w postaci wyrazu na twarzy, po czym spoważniał i z prawdziwym entuzjazmem spytał - O to wspaniale! Słuchaj, a gdzie to kupiłeś?
Julian oparł się o ladę przybliżając głowę do Wiktora i pół głosem powiedział - Wiesz, znalazłem go w takim sklepie nie daleko stąd, na Ceramicznej. Powiedz, że jesteś od Juliana to Ci takie cacko sprzeda za tyle samo co mi. - Julian porozumiewawczo mrugnął do kumpla, okazując jednego z kłów.
- O to wspaniale, dzięki! chętnie coś takiego sobie zamontuje w kiblu!
Nikt z nich nie zauważył, że przez długą chwilę stał niedaleko nich ich szef. Komendant Stanisław. Oparty był lekko o ścianę i postanowił przerwać miłą rozmowę, dwóch podwładnych.
- Ekhmm! - Komendant głośno krząknął i sympatycznie się uśmiechnął do podwładnych, Ci natomiast oprzytomnieli i stanęli na baczność salutując starszemu stopniem.
- Spocznij, Panowie. Widzę, że nawiązała się miła rozmowa o sedesach. Nic dziwnego, w końcu dobry sedes to skarb. Tak samo jak dobry materac do łóżka. Ale teraz proszę udać się do swojej pracy. Bo poprzednia zmiana już wyszła a teraz wy musicie przejąć pałeczkę! Ja teraz udaję się do domu. Jak by co to dzwonić na służbowy, telefon! Tym czasem! - Komendant podszedł do nich podał rękę, żegnając się w ten sposób! prędko udał się do swojego prywatnego Nissana, który narodziny świętował wiele lat temu. Przełożony Wiktora znany był ze swojej doskonałej jazdy, kiedyś nawet wygrał wyścigi zorganizowane wśród policjantów przez Komendę Główną Policji. Po chwili obserwowania komendanta, mężczyźni kiwnęli do siebie głowami i rozeszli się w swoją stronę. Wiktor ruszył nie śpiesznym krokiem, do swojego gabinetu. Pozostałe pomieszczenia, nie widoczne dla petentów nie zostały wyremontowane. Ściany były odrapane i przypominały bardziej piwnicę niż 3 piętro budynku. Tak bardzo korytarz przypominał Wiktorowi o poprzednim ustroju.
Wiktor stojąc przy drzwiach do swojego gabinetu wyjął klucz z kieszeni i otworzył go delikatnym ruchem. Pomieszczenie służbowe Wiktora było bardziej przytulne, w środku było kilka doniczek z jakimiś kwiatkami, parę plakatów i mebli. Był to typowy wystrój dla gabinetów zlokalizowanych w powiatowych komisariatach, za wyjątkiem ładnych kwiatów.
Witek miał zwyczaj przebierania się w mundur w swoim gabinecie, podszedł leniwym krokiem do szafy i wyjął z niej swój standardowy mundur. Włożył w oka mgnieniu, ponieważ oczekiwał Karola, z którym miał dzisiaj pełnić służbę na mieście . Patrole dla Witka były bardzo interesujące, lubił mieć styczność z bandytami i dawać im popalić od czasu do czasu.
- Ciekaw jestem co dzisiaj się wydarzy? kradzież? gwałt? morderstwo? czy po prostu głośni dresiarze rozwalający kosz? - zadumał się na głos Wiktor, stojący już przebrany w wyprasowany granatowy mundur, który jaśniał pięknym odcieniem bieli w przyszytych paskach do boku. Powoli z niezwykłą precyzją nałożył na głowę policyjną czapkę, strzepnął paprochy z ramienia i przejrzał się w lustrze wiszącym koło szafy zrobionej z litewskiej sklejki odcieniu kory buku.
- No, no. Kawał przystojnego gliny! - zażartował sam do siebie. Było już późno, za oknem rozjaśniały niebieskim światłem okoliczne latarnie. Sam Wiktor nie znosił tego typu rodzaju światła. Twierdził, "że niby świeci a i tak nic nie widać". Wiktor po chwili zadumy podszedł do biurka i włączył swój stary zdezelowany komputer. Ten wydał z siebie nie ludzkie jęki, po czym uruchomił się. Na monitorze LCD, kupionym za unijne pieniądze pojawiła się ikonka systemu operacyjnego, który pamiętał już lata dinozaurów. Wiktor usiadł do niego i przyglądał się migającym ikonką na pulpicie. Po czym otworzył wewnętrzny system informacyjny. Wpisał login i hasło po czym zalogował się do systemu. Przeglądał go dłuższą chwilę, po czym odnalazł dziwny komunikat, który brzmiał następująco: " Pilne z MON, "Zaobserwowano tajemniczą aktywność lotniczą nad krajem. Nie udało się nawiązać kontaktu. W razie konieczności zgłaszać każdą podejrzaną sprawę." Wiadomość datowana była na kilka minut wcześniej, także nikt nie zdołał jej jeszcze przeczytać. Po chwili jednak w kieszeni Wiktora zawibrował jego telefon i zabrzmiał ton muzyki z jednego z Rosyjskich filmów. Wiktor szybko wyciągnął telefon i przycisnął starty zielony guzik.
- Wiktor, słucham?
- Witam, Wiktorze - po głosie Wiktor poznał, że był to jego kumpel z dawnych lat, z którym służył w jednostce specjalnej. Obecnie pracujący w polskiej wersji CIA czy KGB albo nawet GRU.
- Cześć, Olgierd! Co tam? - Witek wyraźnie się ucieszył, że stary kumpel po latach się do niego odezwał.
- Słuchaj, no! Witek jest sprawa! - Głos Olka dziwnie drżał i wydawał się trochę nerwowy, co wytrąciło Wiktora z równowagi, przecież w Kosowie był tym z "najtwardszych", przypominał sobie.
- Olek co się dzieje? - spytał w końcu, poznając powagę sytuacji.
- Spotkajmy się jutro o ósmej w tej kawiarni na Bolesława Prusa. Przyjadę do Ciebie i pogadamy!
- Nie możesz przez telefon?
- Nie! Jutro bądź w umówionym miejscu, wtedy pogadamy! Do zobaczenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz