środa, 27 kwietnia 2011

czas na opowiadanie! cz.2

Witam was ponownie towarzysze niedoli! Ostatnio w zawirowaniach związanych z okresem świątecznym trochę zaniedbałam  bloga, jednak postanowiłam się zrehabilitować w waszych oczach. Pora na drugą część opowiadania "Izraelski miotacz ognia"! Niewtajemniczonych odsyłam do posta "czas na opowiadanie!". Zatem zapraszam do podróż do spalonego promieniowaniem świata razem z Dawidem!


-Cholera, jeszcze ze mnie grabarza zrobiłeś… - mruknął niejako z wyrzutem w stronę zwłok. Trup pozostawał niewzruszony, nadal szczerzył otwór ust w powietrze.
            Dawid westchnął i poszedł do swojego legowiska – jamy ukrytej w zwale gruzu, wyścielonej deskami i szmatami, dość wygodnej jak na te warunki, w każdym razie wystarczającej – i przyniósł wielki płat materiału będący niegdyś zasłoną okienną, by użyć jej jako całun na zwłoki.
            -Nie waż się odmówić współpracy – szepnął nad trupem, trzymając zasłonę w rękach. Nie wiedział jak stanąć, żeby odpowiednio rozłożyć całun i położyć na nim pozostałości nieszczęśnika, by odbyło się to z zachowaniem godności zmarłego. W końcu, wstrząsnąwszy w górze materiał, kucnął i jednocześnie rozłożył go na nierównej spalonej ziemi jak kocyk na pikniku.
            -Okej – mruknął Dawid do siebie – teraz… jak tu cię przenieść…?
            Zerknął na leżące kilka metrów dalej zwłoki. Myśl o tym, że musi ich dotknąć, żeby je przenieść, nagle napełniła go jakimś pierwotnym wrodzonym wstrętem przed bezpośrednim kontaktem z  istotą pozbawioną życia.
            -Wybacz! Wybacz! – powiedział nagle Dawid w stronę zwęglonych zwłok, wzbraniając się jednocześnie rękami – wcale nie chciałem tak pomyśleć! Przepraszam!
            Trup nie myślał nawet odpowiadać, leżał nadal w bezruchu, z szeroko otwartymi ustami. Dawid poczuł się trochę jak idiota.
            -Gadam z umrzykiem… no ładnie. Coś tam się już pod kopułą miesza. – dotknął okrężnym ruchem czubka głowy. Zatarł ręce i podszedł do zwłok. Zakasał rękawy i opierając dłonie o biodra spojrzał z góry na zmasakrowane ciało.
            -Ładnie cię poparzyło… - to mówiąc wyobraził sobie moment śmierci tej istoty i nagle zrobiło mu się niedobrze. Odwrócił się i zwymiotował rozwodnioną śliną i kawałkami niewielkiej ilości jedzenia. Wytarł usta rękawem.
– Muszę cię za to przeprosić, ale nie wyglądasz zbyt apetycznie.
Kucnął, i zaciągając rękawy aż na same dłonie w celu odizolowania rąk od spalonej tkanki, chwycił zwłoki  pod ramię i pod biodro z zamiarem przerzucenia przez bok, by w ten łatwy sposób umieścić je na materiale. Jednak po chwili namysłu stwierdził, że może być to uwłaczającej pośmiertnej godności tego człowieka. Postanowił chwycić go i przenieść na kotarę tak, jak powinien to zrobić na samym początku. Podłożył jedną rękę pod plecy zesztywniałego zwęglonego nieboszczyka i jęknął, gdyż rękaw nieco się odsunął. Drugą rękę podłożył pod nogi umrzyka.  Podniósł ciało do góry z niemałym wysiłkiem.
-Uch… - sapnął – ciężka z ciebie skwarka.
Umieścił ciało na kotarze i zawinął jej brzegi jak w naleśniku. Ciasno owinął zwłoki i po skończonej pracy poklepał je przez bezpieczną warstwę materiału.
            -Teraz tylko wystarczy znaleźć ci jakieś wygodne miejsce wiecznego spoczynku.
            Rozejrzał się po niegościnnym terenie. Otaczające go zewsząd potrzaskane ruiny będące smutnym świadectwem, a zarazem świadkiem upadku cywilizacji nie wyglądały na odpowiednie miejsce dla zmarłego okrutną śmiercią człowieka. Zresztą zdziczałym zwierzętom nie sprawiłoby trudności wygrzebanie zwłok spod płytkiej warstwy gruzu. Dawid westchnął i podrapał się po głowie, namyślając się.
            -Tu nie ma miejsca dla ciebie – rzekł do olbrzymiego naleśnika leżącego za nim. – Znajdziemy ci inną wieczną kwaterę – uśmiechnął się.

© Monika Feluś

niedziela, 24 kwietnia 2011

Kolejna część Stalkera nr 6

Witam wszystkich fanów post-apo i naszej twórczości ! Przesyłam wam kolejny fragment Stalkera ! Czytajcie i chwalcie albo nie :). Krytyka dozwolona ! Jest wręcz wymagana ! Ale konstruktywna ;-). Pozdrawiam Damian !


Sekretarka odwróciła się  na obcasie i  szybkim krokiem wróciła do swojego stanowiska pracy. Borys zauważył przed sobą potężne metalowe drzwi, które miały na oko z metr grubości.
- Tego to chyba nawet bomba by nie rozwaliła, pomyślał Borys.
Nagle za nich można było dosłyszeć huk odblokowywanych zamków. Gdy się już w końcu otworzyły, Borys dostrzegł uzbrojonego po zęby człowieka, który nieznacznym kiwnięciem głowy wskazał mu żeby właził i to szybko.
            - Ja do Am…
Strażnik jednak szybkim ruchem przesunął palec na wargi swoich ust i wskazał ręką, żeby za nim poszedł. Człowiek ten nie był rozmowny. Szli dalej bardzo podobnym korytarzem, tylko w tym nie było już okien a pod sufitem jaśniały wesoło długie jarzeniówki. Nagle zatrzymali się przed kolejnymi drzwiami, które były cienkie ale nadal potężne i zrobione z metalu . Ochroniarz powoli podniósł głowę i warknął do Borysa
            -Tam idź, czekają na Ciebie !
Borys bez słowa zapukał do drzwi za, którymi odezwał się już bardziej życzliwy głos.
            - Kto tam?
            - Borys, wykonawca. Podobno macie do mnie sprawę !
            - Ach tak, już otwieram, chwileczkę.
Dźwięk trzasku zamków był już bardziej miękki i mniej metaliczny, drzwi otworzyły się zdecydowanie szybciej niż poprzednie i za nich ukazał się człowiek, który był ubrany w strój tych ludzi z obrazków w korytarzu.
            - Ach witam Pana serdecznie, moje nazwisko Paderewski, ale nie Ignacy.
Mężczyzna podkreślił to znacznym uśmiechem. Borys nie zrozumiał co miał na myśli młody człowiek, ale ten się tym nie przejął i sam się śmiał ze swojego żartu.
            - Ach proszę niech się Pan nie przejmuje, proszę za mną .
            - Prowadź Pan, macie szczęście, że mam czas  i ciekawość bo coraz mniej mi się to podoba.
            -  Zaraz Pan się wszystkiego dowie od najwyższej instancji. Ja mogę powiedzieć, że chodzi tutaj o pewną przysługę, bardzo poważną przysługę. Ale szczegóły od ambasadora ja nie mam upoważnienia.
            - Dlaczego macie te swoje tajemnice?  Dlaczego nikt mi nie chce nic powiedzieć, o co chodzi? Coraz mniej wam ufam.
Paderewski uśmiechnął się pod nosem i dodał.
            - Nie martw się, uwierz mi, że zapłata za przysługę będzie godna.  Widzisz tamte drzwi?
Wskazał palcem piękne drewniane drzwi z szybami w kolorze mgły.
            - Widzę, rozumiem, że mam tam iść a ktoś będzie na mnie czekał?
            - O widzę, że poznałeś nasze zwyczaje, tak będą czekali ja tam nie idę. Powodzenia
Młody człowiek bez wyraźnego gestu po prostu się odwrócił i nie śpiesznym krokiem wracał do swojego pomieszczenia. Borys już nie patrzył na niego tylko szybko złapał drzwi i szarpiąc je zobaczył surowe pomieszczenie w, którym stał przeszklony stół, z którego wydobywało się słabe światło. Widział też mapy, które były warte w ówczesnym czasie majątek, w ogóle nie zauważył wielkiego lustra za, którym zapaliło się nagle światło ukazując starego mężczyznę ze szpakowatą czupryną i pięknym stroju, który był nawet ładniejszy od tego, który miał na sobie człowiek o imieniu Lech. Starzec podniósł swoje brwi i wyraźnym spojrzeniem wskazał na krzesło znajdujące się przed lustrem. Borys pośpiesznie ruszył w kierunku krzesła, usiadł na nim i wtedy starzec wydał z siebie dźwięk.
            - Witaj, jestem ambasadorem Rzeczypospolitej Polskiej. Jak widzisz jestem stary, bardzo stary. Gdyby nie przebywanie w tym pomieszczeniu zaraz bym rozpadł się w proch ! Do rzeczy jednak, my Polacy, przetrwaliśmy mimo tego, że mocno oberwaliśmy. Ale i tak ten świat jest dla nas trudny, mutanci, bandyci, brak wody pitnej, brak pożywienia i te pseudo państwa - miasta ! Wokzał, Cienie, Komolskoje...Wywody starca nudziły Borysa, który postanowił przejść do meritum sprawy.
            - No tak ale co to ma do mnie?
            -  Pozwól, że wyjaśnię. Jesteś nie uświadomionym wykonawcą. Proponujemy Ci układ, misję !
            - Tak a jaką i za ile ?!
            - Mamy schowany na terenie ambasady pewien pojazd. Jest to czołg "twardy", dzięki niemu…
Przerwał mu Borys.
            - Czołg! Podobno wiele ich nie zostało ! Chyba nawet Wokzał nie ma czołgu !
            - Co z tego, że go mamy, przecież benzyny i tak jest już bardzo mało. Chodzi o to, że nam skradziono pewną część z tego czołgu, przeklęte Cienie, wysłali nam szpiega, który nas omamił i zabrał najważniejszą część, bez niego ten pojazd jest nie sprawny. A tyle lat go naprawialiśmy, szukaliśmy części w ruinach tego parszywego miasta. Dlatego musisz dostać się w szeregi Cieni znaleźć tego człowieka i go zabić. Ale oczywiście zabrać wcześniej mu płytkę, od komputera pokładowego !

P.S. WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY !

czwartek, 21 kwietnia 2011

Pomysł na nową opowieść !

Dziś w mojej głowie zrodziła się myśl ! Myśl ta jest dość niezwykła. Jest to pomysł na nowe opowiadanie. Będzie to opowieść o żołnierzu/policjancie, który stanie przed obliczem zagłady. Jednakże więcej wam nie zdradzę ;) Sam jeszcze nie wiem co z tego się urodzi. ! Pozdrawiam wszystkich. Damian !

Życzenia !

Długo nic nie umieściliśmy na blogu. Jest to spowodowane natłokiem spraw bardzo osobistych. Jednakże zmieni to się wkrótce ! Chcielibyśmy wam drodzy Internauci życzyć wszystkiego najlepszego z okazji święta Wielkiej Nocy ! Oby Pan Jezus wam sprzyjał i był z wami, Stalkerami ! Pozdrawiamy i życzymy bardzo smacznego posiłku ! Monika i Damian !

czwartek, 14 kwietnia 2011

Kolejna część Stalkera nr 5.

Witajcie stalkerzy ! Dziś mam dla was kolejną część Powieści Stalker ! Zgodnie z mądrymi głosami, które dotyczyły braku nie możności odnalezienia poprzednich części powieści postanowiłem dopisywać numery porządkowe kolejnych części. W przyszłości pomyślę o stworzeniu osobnej zakładki na Blogu. Jednakże wymaga to nauki... Także musicie poczekać :). A oto nie przedłużając, Borys jest w Ambasadzie naszego kraju !


(...)Bez zastanowienia ruszył na wskroś ambasady. Mijał bazar pełen bardzo różnorodnych towarów, na jednym ze straganów wystawiona była różnorodna amunicja. Począwszy od nabojów do rewolwerów, kończąc na pociskach do armat. Inne kramy sprzedawały ubrania, a na kilku widział nawet książki i płyty. Borys od małego lubił książki, pamiętał jak matrony z miasta czytały mu różne baje. Podszedł bliżej straganu z książkami i płytami. Chciał wypatrzyć coś co kojarzyło by mu się z dzieciństwem i młodością. Widząc kręcącego się mężczyznę kupiec szybko się podźwignął i wręcz krzyknął do Borysa.
            - W czym mogę pomóc szanownemu Panu ?!
            -  Zna Pan język Rosyjski ?
             - Jestem Rosjaninem, więc znam. Jest pan czymś zainteresowany?
Sprzedawca szczerze się uśmiechnął, objawiając trzy złote zęby.
            - Zaciekawiły mnie Pana książki, czy ma Pan coś w języku Rosyjskim?
            - Mam i to sporo, polecam Mistrza i Małgorzatę. Klasyk. Zawsze aktualny.
            - A jaka cena?
            - Jak dla Pana kolego, jeden granat.
            - Sporo, myślałem, że weźmie Pan parę naboi do karabinu !
            - W dzisiejszych czasach tak trudno zdobyć książki w dobrym stanie ! Ekspedycje mają coraz większy problem ze zdobywaniem ich z biblioteki głównej. Pełno tam kanibali, pokrak i innego zmutowanego gówna ! Niech pan wierzy jest warta tej ceny.
            - Wiem, Sam muszę z nimi walczyć, niech będzie !
Borys sięgną do swojego pasa odpiął jeden z granatów i wręczył kupcowi, ten mu pośpiesznie dał książkę i schował w granat w kufrze na którym siedział. 
            - Polecam się na przyszłość !
Z miłym uśmiechem oświadczył antykwariusz. Borys pokwitował to krzywym uśmiechem, zapakował książkę do plecaka i ruszył już szybszym krokiem przed siebie. Ciągle słyszał muzykę, którą Władysław nazwał Rotą, bardzo spodobała mu się tonacja tego utworu, była podniosła i poważna. Nawet nie zauważył, że ludzie patrzyli na niego dość podejrzliwie, zdawali się wiedzieć kim jest. Borys nie zwracał jednak na nich uwagi i przekraczając drzwi ambasady zobaczył piękne pomieszczenie, które było schludne i posprzątane. Przypominało trochę halę dworca Wokzału. Podłogi zrobione były z biało – czarnego marmuru, ściany były świeżo pomalowane a ludzie byli elegancko ubrani.
            - Witam  Pana w ambasadzie Rzeczpospolitej Polskiej. W czym mogę pomóc.
Odezwała się do Borysa młoda atrakcyjna dziewczyna siedząca za kontuarem.
            - Podobno macie Państwo do mnie sprawę, jestem przysłany przez Władysława.
            - Ach tak czekamy na Pana ! Wystąpiła sytuacja najwyższej wagi dyplomatycznej. Proszę za mną do Ambasadora !
Kobieta poderwała się za szerokiej marmurowej lady i ruszyła pustym ale zadbanym korytarzem. Borys się poderwał  i ruszył za kobietą. Na ścianach korytarzy wisiały jakieś dziwne portrety ludzi w dziwnych strojach, mieli także coś zawieszone u szyi. Na jednym był człowiek dość postawny ale z wąsem podobnym do Władysława, tylko siwym. Ledwo dojrzał wypalony napis w drewnie, który do niego zawołał lekko, Lech Wałęsa.  
            - Widzę, że zainteresował Pana portret naszego byłego prezydenta?
Z wyraźnym zadowoleniem i rozchmurzoną twarzą powiedziała kobieta.
            - Ma taką swojską twarz !
            - To przecież Słowianin ! Proszę się udać prosto, będzie tam czekał na pana ochroniarz. Jest już poinformowany, że ma Pana puścić. Ja muszę wracać. Do zobaczenia !

Copyright © Damian Korzeb

środa, 13 kwietnia 2011

czas na opowiadanie!

Witam, towarzysze atomowej niedoli!
Damian ostatnio ubiegł mnie znacznie w dopieszczaniu bloga:) ale teraz moja kolej. Rozprostowuję moje napromieniowane kości, zakasuję podarte rękawy i biorę się do roboty! A że Damian ostatnio napomknął o Dawidzie, bohaterze jednego z moich opowiadań, postanowiłam Was, drodzy Czytelnicy, uraczyć historią mojego sympatycznego (mam nadzieję) bohatera. Opowiadanie składa się z kilku rozdziałów, jak do tej pory nosi roboczy tytuł "Izraelski miotacz ognia" i chyba już tak zostanie. Dlaczego tak? Przekonajcie się sami!

ZBRODNIA KAINA

-Cholera! - zawołał zdjęty obrzydzeniem. Podniósł ze spalonej ziemi jakiś patyczek i drżącą ręką zbliżył go do zwęglonych brzegów skóry. Gdy lekko nacisnął, skóra pękła w kilku miejscach, a ze środka największego otworu skapnęło kilka kropel płynu tkankowego. Powstrzymał wymioty i zagłębił patyczek w parującej ranie. Odetchnął nieco głębiej i gdy wstrzymał oddech, rozerwał ranę, aż złamany w trakcie tego zabiegu patyczek utkwił w galaretowatym parującym mięsie. Krzyknął ze strachu i obrzydzenia patrząc jak z rany wypływa niemal wrząca krew.
            -Kurwa! - zakrzyknął, machając wściekle rękami. Jeszcze raz spojrzał na parujące, zwęglone w niektórych miejscach zwłoki. Nie spodziewał się, że w zaprojektowaną przez niego pułapkę na zwierzęta wyposażoną w miotacz ognia złapie się dorosły człowiek.
            -Ja pierdzielę! - przeżywał, chwytając się za głowę. Nerwowo krążył w kółko, zastanawiając się, co zrobić z trupem.
            Z założenia pułapka była bardzo pomysłową konstrukcją. Zwierzę, zwabione zapachem pożywienia, najczęściej zdechłego szczura lub kawałków psującej się ryby, jaką Dawid znajdował jeszcze nieraz w swoim ekwipunku, włączało nieskomplikowany mechanizm skonstruowany przezeń ze znalezionych na pobojowisku elementów.
            Rozejrzał się dookoła drżąc w szoku. Otaczała go wyjałowiona pustynia upstrzona szkieletami osiągnięć poprzedniej cywilizacji, nad którą wisiał jasnoczerwony nieboskłon. Właściwie określenie pustynia było błędne, pozornie bowiem wydawało się ubogie. Tak naprawdę miejsce to tętniło życiem, ale na razie zbyt zlęknionym, by się ujawnić. Wieczorami na ulice wylegały masy ludzi i zwierząt… Wszyscy myśleli o przetrwaniu, gdyż warunki, jakie zastali po wybuchu bomby pozostawiały wiele do życzenia. Właściwie trzeba było na nowo przystosować się do zaistniałych warunków, nie można było stawać w miejscu, bo wtedy się cofało w kolumnie istnień posuwających się do przodu w pochodzie ku ewolucji.
            Dawid westchnął i zerknął zrezygnowany na zwłoki. Nie dość, że był głodny, a mimo głodu nie miał zamiaru posilać się ludzkim mięsem, to jeszcze w dodatku przysporzył sobie problemu.
            -I co ja mam z tobą zrobić…? – zapytał, patrząc w zwęgloną twarz. 

Trup szczerzył się do niego szeroko rozwartą szczęką, reszta twarzy była spalona w tak ogromnym stopniu, że czarna skóra marszczyła się i nie można było zidentyfikować wieku i płci ofiary. Dawid wzdrygnął się i powstrzymał z ledwością wymioty.
            Pierwszy raz w życiu zdarzyło mu się zabić człowieka i do tego całkowicie nieumyślnie. Czuł się z tym chory. Usiadł na ziemi koło zwłok i przetarł dłońmi twarz. Czy naprawdę zabił człowieka? Czyja to właściwie była wina?
            -Zaraz, zaraz, przeanalizujmy – wziął głęboki oddech. Wyciągnął przed siebie dłoń i zaczął wyliczać na głos, dotykając odpowiednie palce palcem wskazującym drugiej ręki.
            Raz. Miesiąc temu zrzucono na pobliski kompleks elektrowni bombę atomową. Fala uderzeniowa spustoszyła teren w zasięgu około pięćdziesięciu kilometrów.
            Dwa. Ludzie zostali bez domów, prądu, wody, ubrań i jedzenia. Trzeba sobie zatem jakoś radzić.
            Trzy. Ja radzę sobie w ten sposób.
            Cztery. Ja byłem głodny i ten człowiek był głodny, więc wpadł w pułapkę, choć żaden z nas nie był świadomy, że może dojść do takiego zdarzenia.
            Pięć. Czas na wnioski. Wina leży pośrodku.
            Uśmiechnął się do siebie. Czyli problem rozwiązany. Jeszcze raz zerknął na zwłoki i wątpliwości wróciły. Przecież to był człowiek… Żyjący, oddychający, głodny, może miał rodzinę na utrzymaniu… Pewnie cierpiał w trakcie śmierci…
            Dawid zadrżał. Lepiej o tym nie myśleć. Podniósł się i chciał powiedzieć coś górnolotnego na tą okazję, coś, co, gdyby dusza tego człowieka patrzała na niego z góry, mogłoby ją uspokoić. Coś w stylu, spoczywaj w pokoju, albo pokój twej duszy, ale po okropnie długim namyśle udało mu się wykrztusić ledwie:
            -Yyyy…. Będzie dobrze.
            Trochę się zawstydził tego co powiedział, więc dodał:
            -Powodzenia. – co zabrzmiało jeszcze durniej.
            Głowił się, co zrobił z tak niewygodnym balastem. Postanowił pochować zwłoki jak człowieka, tak, jak to robiono od zarania dziejów ludzkości. Nie wiedział jednak, jak ma się do tego zabrać. Co prawda w czasach przed wybuchem bomby był trzy razy na pogrzebie, ale nigdy nie zagłębiał się w szczegóły tego obrządku. Zresztą obcowanie z nieboszczykami nigdy nie stanowiły dla Dawida przedmiot jakiegoś specjalnego zainteresowania. Usiadł, poruszony. Nie umiał sobie znaleźć miejsca, w tej chwili nogi go nosiły, więc po chwili wstał, a chwilę później znowu usiadł.
            -Cholera, jeszcze ze mnie grabarza zrobiłeś… - mruknął niejako z wyrzutem w stronę zwłok. Trup pozostawał niewzruszony, nadal szczerzył otwór ust w powietrze.

© Monika Feluś

wtorek, 12 kwietnia 2011

Pierwszy dzień.

Dziś mija okrągłe 50 lat od chwili kiedy pierwszy człowiek spojrzał na ziemię z większej perspektywy. Ale nie zapominajmy, że było to efektem wyścigu zbrojeń. Taka sama rakieta, która wyniosła Gagarina w Kosmos, mogła przynieść śmierć. Kryzys Kubański; Tak mało brakowało aby w realnym świecie zaistniały takie postacie jak: Artem z Metra 2033, Borys z mojej opowieści bądź Dawid z powieści Moniki. Nie mnie oceniać co by było lepsze. Ale sądzę, że wtedy nie mógł bym prowadzić tego bloga. Siedział bym gdzieś w piwnicy z zaostrzonym patykiem i walczył o życie. ;-).  Na tę okazję dedykuję wam odrobinę humoru w postaci skeczu jednego z amerykańskich komików !!!. Co by było gdyby mądrzy ludzie umarli... Straszna wizja ;).






sobota, 9 kwietnia 2011

Witam wszystkich fanów post apokalipsy, fantastyki i innych. Przesyłam wam moi drodzy kolejny fragment Stalkera. Tym razem Borys idzie z nowo poznanym mężczyzną do jego domu...


Nagle przy Polaku coś warknęło, Polak szybko chwycił starą krótkofalówkę przypiętą do paska i przycisnął jeden z guzików.  
            - Władek jak tam wygląda sytuacja na pięćsetnym ?!
            - Dobrze, spotkałem jednego z tych nie uświadomionych, jest wykonawcą.
            - O to dawaj go do nas, potrzeba nam wykonawcy, zapomniałeś?
            - Ekhm, nie skąd ! już. Bez odbioru  !
Na twarzy Borysa pojawiła się nuta wątpliwości, aż wreszcie się odezwał.
            - To chyba twój ojczysty język bo nic nie zrozumiałem?
            - Tak, to Polski język ! Piękny nieprawdaż?
            - Podobny do rosyjskiego, ale jest inny zarazem !
            - Słuchaj mam Cię zaprowadzić do ambasady, tam Ci wytłumaczą resztę.
            - Słuchaj wąsaczu ! skąd ja mogę wiedzieć, że masz dobre zamiary i np. nie zamierzacie mnie zjeść na obiad  ?
Władek aż się wzdrygnął na wieść o jedzeniu ludzkiego mięsa. Spojrzał już o wiele poważniej na  Borsya.
            - Jak to mówią nie ryzykujesz nie zyskujesz. No ale dobrze dam Ci moje słowo i przysięgnę na życie mojej matki. Wystarczy ?
            - No dobrze. W razie czego i tak was załatwię.
Borys odbezpieczył swoją broń i powoli ruszył za nowo poznanym Polakiem.   Władysław wydawał się mieć trochę luźniejsze ruchy od niego samego ale nadal wyglądały one poważnie i zwinnie. Ambasada leżała niedaleko od punktu spotkania. Był to potężny kompleks otoczony murami obronnymi, nad którymi dumnie powiewała biało czerwona flaga a z megafonów brzmiała bajeczna melodia, jakaś instrumentalna. Muzyka była rzadkością, tylko najbogatsi mieli do niej dostęp. Po chwili Borys dostrzegł w szparach na  górze muru dziwne podłużne otwory, w których zgodnie z ich krokami przesuwała się długa metalowa lufa.
            - No Andrzej ja Ci dam mierzyć we mnie CKM-em.
Za murem odezwał się ciepły, serdeczny śmiech.
            - No co Władek, nie znamy Twojego nowego kolegi, czort wie kto to?
            - Spokojnie mam go przyprowadzić na rozkaz starszego?
            - Dobrze Władziu, właźcie.
Borys z grymasem nie zadowolenia powiedział:
            - Co oni powiedzieli i co to za muzyka?
            - Wpuszczają nas do środka, słuchaj ta muzyka to nie byle co!
Powiedział poirytowany Władysław, jego wąs wykrzywił się a oczy nabrały podejrzliwego wyglądu.
            - To R.O.T.A, Rota, nasza narodowa pieśń, Nowy hymn.
            - Acha, nie chciałem Cię urazić.
            -  Spokojnie nie jestem zły.
Podczas tego krótkiego dialogu potężna brama powoli ale zdecydowanie zaczęła ukazywać co skrywa się za nią. ukazała oczom Borysa z tuzin osób z wymierzonymi spluwami w betonowe ruiny za nimi.
            - To zabezpieczenie Borys na wszelki wypadek.  Ostatnio mamy problem ze szturmem tego paskudztwa, przypominającego ludzi.
Z tłumu ludzi, ktoś wrzasnął rozkaz zamknięcia drzwi za nowo przybyłymi, głos ten był mocny i stanowczy nie przypominał głosu Władysława. Borys podczas rozmyślań nad nowo zasłyszanym głosie usłyszał huk potężnych zamków.  Po rozstąpieniu się warty Borys zobaczył niezwykle zadbane budowle, w których były nawet szyby, wszyscy ludzie byli dumni, wyprostowani z opaskami przypominającymi flagę.  W końcu zauważył wewnątrz dziedzińca wielkie działo wycelowane w niebo.
            -  No Borys, tutaj się kończy moja misja, widzisz tamten budynek z napisem Administracja?
            - Tak, nawet jest pod spodem napis po Rosyjsku.
            - To dla Rosjan, idź tam i powiedź że jesteś od Władka.
            - Ok.  Dziękuje za wszystko, to paka.

Copyright © Damian Korzeb.

sobota, 2 kwietnia 2011

Żyj z promieniowaniem w pokoju !

Gdy tylko ujrzałem to cudo ! Nie mogłem się powstrzymać, aby wam to pokazać ! Uznanie dla autora !
Pokój i atom !

Stalker, fragment !

Witam wszystkich fanów apokalipsy i nie tylko. Już długo czekaliście na kolejny fragment Stalkera. Oto i on !


Po chwili napięcia za kiosku zaczęła ukazywać się sylwetka człowieka, który był ubrany podobnie do Borysa, lecz miał inny dziwnie wyglądający znak na ramieniu jego munduru, poza tym nie miał kominiarki na twarzy, tylko hełm z dziwnym znakiem przypominającym ptaka trzymającego tarczę.
            - Kim ty do cholery jesteś, imię, nazwisko, ranga !
 Mężczyzna, który wyszedł za kiosku zaczął powoli jak by od niechcenia mówić:
            - Jestem pułkownik ! Władysław Nikiel !
            - Wojskowy powiadasz?
            -  Nie mam wrogich zamiarów, proszę opuścić broń.
            - Normalnie bym Cię zastrzelił ale masz mundur to znaczy, że mogę Ci zaufać. Teoretycznie !
Władysław ciepło się uśmiechną pod wąsem i z wyraźnym gestem przyjaźni powiedział:
            - No wiesz my Słowianie powinniśmy się trzymać razem i wybijać to całe plugastwo, które tu łazi.
            - Czego szukałeś tam ?
            - Gdzie ? za kioskiem?
            - Dokładnie.
            - Niczego nie szukałem po prostu rzucałem butelkami, tak dla rozrywki. Znasz taki wynalazek? nazywa się koktajl Mołotowa ?
            -  Znam!
Po chwili Borys poczuł, że może ufać nie znajomemu, który mówił z dziwnym akcentem, jego rosyjski był bardzo szeleszczący, ale zrozumiały.  Człowiek z wąsem zmniejszał dystans w kierunku Rosjanina.
            -  Słuchaj no a jak Tobie na imię?
            - Towarzysz Borys, Wykonuje wyroki.
            - Słyszeliśmy o was w ambasadzie.
            - W jakiej znowu ambasadzie, tłumacz się o co chodzi ?!
            - A tak zapomniałem, że wy macie problemy z tożsamością i historią. Ja mój kochany jestem synem rodu Piastów, dzieckiem kraju nad Wisłą.
            - Nigdy o was nie słyszałem, wiem,  że była Rosja, stąd mój mundur.
            - Boże jakie to niewiarygodne,  przecież nie minęło wiele lat od wojny, czemu tego nie pamiętasz? Nikt Ci nie mówił o tym co było?
            - Nikt z nas nie pamięta wojny, tylko staruszkowie, którzy nazywali się żołnierzami spetsnazu, to oni nauczyli nas taktyki wojennej, nauczyli czytać i pisać, no i przekazali swoje święte mundury. Ale o historii mało wiem.
            - Ojj dziecko to słuchaj mnie. Trzecia wojna światowa wybuchła między krajem leżącym za oceanem zwanym USA a unią Chińsko – Rosyjską. Co Najgorsze nie użyto standardowej broni atomowej tylko jakąś hybrydę, która nie powodowała takiego skażenia ale równie dobrze niszczyła  miasta i ludzi. Chyba myślano nad kolonizacją tego rejonu. Kto wie co te Amerykańskie dranie wymyślili.
            - Skąd Ty to wiesz? o tej wojnie, o tym wszystkim ?
            - Bo my Polacy mamy tak, że kontynuujemy tradycję naszych przodków i pamiętamy o historii. Ale możesz mi zaufać, że mamy dobre zamiary. Poza tym mieliśmy w ambasadzie szkoły, bibliotekę i inne takie rzeczy. 

copyright  © Damian Korzeb. 

piątek, 1 kwietnia 2011

atomowy świt

 Witajcie towarzysze poatomowej niedoli!
Jak wiadomo, uderzenie atomowym pociskiem jest bardzo nie na rękę ludziom. Ludzie w warunkach, jakie zastają po takim incydencie, z trudem radzą sobie z codziennością, która wymaga od nich bycia nieugiętym i bezwzględnym. Przeczytać możemy o tym w "Stalkerze", gdzie niedobitki ludzkiej rasy za wszelką cenę starają się zachować pozory życia sprzed katastrofalnej w skutkach wojny, a zezwierzęcone jednostki starają się zniszczyć kulejącą cywilizację. Ale co do powiedzenia ma natura? Jak może reagować na to, z czym ludzie mają do czynienia? Jak poradzi sobie ze skutkami wybuchu bomby atomowej? O tym możecie przeczytać z kolei w moim opowiadaniu, zatytułowanym "A New Beginning (Nowy Początek)". Zapraszam do lektury.

Powoli zapadała noc. Malowniczą dolinę przykrywał z wolna ciężki granat nieba, niespiesznie zapełniający się świetlistymi punkcikami odległych gwiazd. Wysokie surowe góry piętrzyły się ku nieskończonej czerni kosmosu, strzegąc szerokiej doliny.
       Dno doliny porastały stare drzewa, szumiące w ciemnościach swoją odwieczną pieśń. W mroku ich gałęzi hukały sowy wypatrując ofiar na nocny żer. W licznych dziuplach siedziały ptaki i wiewiórki, układające się do snu, ale jednocześnie pełne lęku i niepewności swojego bytu. Małe pisklęta przytulały się do rozpostartych nad nimi skrzydeł matki.  Nad drzewami unosiły się  pokrzykujące nocne ptaki drapieżne i nietoperze, a ich majestatyczne i pełne grozy głosy odbijały się echem od nagich zimnych skał.
       Pod drzewami budziły się nocne zwierzęta. Borsuki i lisy wychodziły ze swoich ciepłych, bezpiecznych nor, przeciągały się na zewnątrz i ruszały na polowanie, wytężając wszystkie zmysły, które mogły im pomóc w zdobyciu pożywienia i przeżyciu kolejnego dnia.
       Z oddali dało się słyszeć ostrzegawcze wycie wilka. Po chwili olbrzymia wadera ruszyła przez zarośniętą jeżyną wąską ścieżynę, węsząc w gałązkach i liściach porastających tą tylko zwierzętom znaną drogę zapach przyszłych ofiar.
       Przyłożyła nos do rosnącej nisko trawy i wzięła głęboki oddech. Trawa poruszyła się pod wpływem ruchu powietrza. Wilczyca prychnęła i oblizała się. Wiedziała już, gdzie szukać posiłku.
       Wiatr mocniej zawiał w koronach drzew. Potężny szum wraz z koncertem licznych świerszczy, skrzypieniem konarów, szelestu oderwanych pojedynczych liści i innych, urywanych odgłosów nocnych zwierząt tworzył istną symfonię w tym dziewiczym miejscu, gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek, gdzie człowiek postanowił nie docierać, ze względu na szacunek dla przyrody, jej praw i potęgi.
       Życie toczyło się tu własnym biegiem, zgodnie z rytmem pór roku i pór dnia, tak jak przez tysiące lat, nawet, zanim na Ziemi pojawiła się Ludzkość. Przez te tysiące lat rodziły się młode zwierzęta, wykluwały się kolejne pokolenia ptaków, a z drobnych nasion z wielką wolą życia wzrastały na spróchniałych szczątkach swych przodków nowe, majestatyczne drzewa i wszystkie te stworzenia obracały się w proch, by móc ustąpić miejsca następnym pokoleniom.
Przez te tysiące lat to samo słońce ogrzewało potężny las i groźne szare szczyty, z których nigdy nie schodził śnieg, to samo słońce dawało życie i cel pnącym się w jego kierunku roślinom, ogrzewało wylegujące się na kamieniach żmije i jaszczurki, pozwalało widzieć sarnom i orzesznicom zbliżające się niebezpieczeństwo i rozbłyskało na taflach licznych leśnych oczek wodnych świetlistymi refleksami.
Zapadła noc. Nietoperz złapał w locie wyblakłą ćmę, tańczącą w chłodnym powietrzu niczym leśna rusałka. Wadera posuwała się powoli przez splątane gałązki jeżyny, pomagając sobie pozostałymi zmysłami w poszukiwaniu ofiary. Niebo było nieskończenie wysokie w swojej obsydianowej czerni upstrzonej delikatnymi, pulsującymi zmiennym światłem gwiazdami.
Na niebie pojawiła się smuga światła. Nie był to jednak meteoryt. Była to najprawdziwsza spadająca gwiazda. Smuga światła śledziła niewielki rozżarzony punkcik, który obrał tor coraz bardziej chylący się ku ziemi. Smuga nie gasła, przesuwała się pokornie za pełgającym na niebie światełkiem, burząc odwieczną harmonię tego miejsca. Wilczyca podniosła głowę i przez chwilę śledziła wzrokiem punkt jaśniejący między targanymi wiatrem gałęziami. Nastała pełna oczekiwania cisza w dolinie. Natura wzięła głęboki oddech. Wiatr nagle stanął w miejscu i żadne drzewo nie miało odwagi się poruszyć, a koncert świerszczy jakby ucichnął. Pojawienie się spadającej gwiazdy w tym miejscu nie wróżyło nic dobrego. Gwiazda zniknęła za górami, za ostrymi szczytami. Przestała być widoczna, jak wciągnięty przez dżdżownice pod ziemię opadły liść. Chwila napięcia minęła i wiatr znów wzmógł swoja siłę, a gałęzie drzew i żaby na nowo rozpoczęły koncert.
Wtem z oddali, zza gór wyłoniła się łuna światła wschodzącego słońca, która pogrążyła widoczne od strony doliny szczyty w jeszcze głębszym mroku. Jednak nie był to zwyczajny wschód słońca. Był to wschód nowego słońca. Niebo gwałtownie rozświetliło się jasnozłotym blaskiem i po chwili napłynęło krwistą czerwienią. Zjawisku temu towarzyszył odległy dźwięk, miarowe, ponure dudnienie, które narastało w miarę jak przybliżało się ku dolinie.
Zdezorientowaną tym naturę ogarnął chaos. Korony drzew poruszyły się gwałtownie, uwalniając rozpraszające się masy ptaków dziennych, dotychczas ukrytych w bezpiecznych zakamarkach. Ich pełne paniki głosy utworzyły istną kakofonię unoszącą się nad gwałtownie obudzoną doliną. Ziemia nieznacznie drżała pod nogami zwierząt lądowych, uciekających teraz w popłochu. Zaniepokojona wilczyca niepewnie przestępowała z nogi na nogę próbując zrozumieć co się dzieje. Jej ofiary zdążyły już uciec, spłoszone dziwnym zjawiskiem. Ale dla wilczycy własny los stał się obecnie ważniejszy niż pełny brzuch. Drzewa przejęły stopniowo drgania gruntu. Ich korony trzęsły się z dużą częstotliwością, przez co świeże, zdrowe liście pory letniej zaczęły opadać pokrywając ziemię grubą warstwą. Nagle powietrze jakby zgęstniało i zarazem stało się cieplejsze. W dolinę uderzył gorący wicher, który pochylił drzewa niemal do samej ziemi.
Doliną szedł głuchy pomruk, przypominający skargę zmęczonego olbrzyma. Wyprzedzał on nieznacznie widoczną gołym okiem barierę między gęstym wilgotnym powietrzem nocy a tym rozrzedzonym, nagrzanym daleko powyżej punktu wrzenia. Bariera zbliżała się szybciej, niż jakiekolwiek zwierzę zdołało by ją wyprzedzić. Widząca to wadera, w której oczach obijał się blask straszliwej łuny, a w uszach dźwięczał ogłuszający odgłos kruszących się skał budujących majestatyczne góry, które zawsze tu były, odwróciła się tyłem i tylko raz obejrzawszy się za siebie, podjęła ucieczkę.
Jej ciałem rządziły w tej chwili podstawowe instynkty, pragnęła tylko uciec z tego miejsca, zachowując życie. Jej serce pracowało teraz w szaleńczym tempie, pompując krew niczym silny tłok, a każdy mięsień pracował na to, by móc działać choć jeszcze przez chwilę. Wilczyca jeszcze nigdy nie biegła tak szybko, nawet w pogoni za ofiarą. Słyszała za sobą ogłuszający szum, a przed sobą widziała swój pełgający na ziemi cień, odcinający się na ziemi oświetlonej czerwoną łuną. Poczuła nagle okropne gorąco i w tym momencie… przestała istnieć.
                                                                       *
Dolina nie przypominała w niczym tego, co stworzyła sama natura. Nie przypominała też niczego stworzonego przez samego człowieka. Jednak to właśnie człowiek stał się pośrednim twórcą tego, co z doliny zostało po przejściu fali termicznej powstałej po wybuchu bomby atomowej.
Góry, wydawałoby się, niezmienne, zamiast surowych, pokrytych wiecznym śniegiem szczytów, przedstawiały sobą żałosny widok wyszczerbionych, okaleczonych pozostałości łańcucha.
Sama dolina wyglądała teraz porażająco. Spaloną nawet do kilkunastu metrów w głąb ziemię pokrywały co większe osmalone kikuty majestatycznych, wiekowych drzew, tworząc ponure cmentarzysko. Ziemia jeszcze parowała, znikały drobne strumyczki, a z jeziorka zmieniały się w żałosne kałuże, pozostawiając pęczniejące ciała martwych ryb w pozostałych zagłębieniach.
Dużo istot straciło życie w momencie uderzenia fali, wprost wyparowały wtedy w niewyobrażalnym gorącu w ułamku sekund. W ten sposób zniknęły zarówno ptaki, owady, jak i drobne leśne kwiatuszki, będące ozdobą runa w letniej porze. Zniknęła nawet wilczyca i jeżyna, przez którą się przedzierała tak, jak gdyby nigdy żadne z nich nie istniało.
Nieliczne pozostałości niegdyś bujnego życia w dolinie przedstawiały sobą przerażający widok. Oprócz nielicznych spalonych na węgiel i dymiących jeszcze pali będących niegdyś wielkimi drzewami  coś jeszcze dawało oznaki gasnącego życia.
Z kopca ziemi leżącego pod dawnymi korzeniami nieistniejącego już drzewa wygrzebało się jakieś stworzenie. Resztkami sił odgarnęło resztę jałowej ziemi i szeroko otwartym pyskiem zaczerpnęło łyk gorącego, napromieniowanego powietrza. Lis wytężył wszystkie siły, by móc wyczołgać się z kryjówki, po czym padł z nóg, które oparzyły parujące grudy. Leżał więc na boku, dysząc przeraźliwie i jednocześnie pozwalając nieznośnie parzącej ziemi wypalać dziury w sierści, która skręcała się od tego i dymiła, wydzielając okropny smród, który jednak nie przeszkadzał dogorywającemu lisowi. Jednak gdy niemożliwe do zniesienia gorąco dosięgło skóry i zaczęło parzyć, lis wydał z siebie kilka przeciągłych jęków, położył się płasko i nie zwracając już uwagi na rosnący ból, skonał.
Nad doliną wisiały ciężkie jaskrawopomarańczowe radioaktywne chmury, pędzone silnym wiatrem.
Wicher hulał po pustkowiu w martwej dolinie, na cmentarzysku wszechpotężnej Natury, którą przez swoje chwilowe kaprysy zniszczył lekkomyślnie Człowiek.
Jednak mimo to Natura nie ulegała przygnębieniu, nie usiadła w kącie z oczami pełnymi łez, załamując ręce nad losem swoich stworzeń. Właśnie to było impulsem do tego, by zakasać rękawy i zabrać się już teraz do pracy. Ten czas należał do niej. Natura z chytrym uśmieszkiem ledwie widocznym na jej twarzy zakasała rękawy i postanowiła stworzyć świat na nowo. Taki świat, którego Człowiek już nie zdoła zmienić w pył i proch, który będzie mu przeciwny, który stanie mu ością w gardle i będzie starał się przeciwstawić się Człowiekowi. Zresztą… Naturze zawsze się to udawało.
      

© Monika Feluś