wtorek, 6 września 2011

Stalker część 10

Witajcie. Postanowiłem w końcu wrzucić kolejną odsłonę Stalkera. Stalker przechodzi pewną przebudowę. Dlatego to tak długo trwa. Mam nadzieję, że wam się spodoba !



- Witaj, pewnie jeżeli słuchasz tego nagrania to ja jestem wesołym trupem. Przede wszystkim chciałbym Ci powiedzieć, że przeżyłem zagładę. Widziałem potworne rzeczy: porzucone niemowlęta, które porwały psy, nie wiem gdzie, widziałem zmasakrowanych ludzi, którzy wyli z bólu. Długo nie pożyję, potrzebuję dializ a teraz pogotowia raczej nie wezwę. Nagrywam ten istny testament aby moja wnuczka wiedziała, że dziadek ją bardzo kocha. Nikogo poza mną niema! Proszę Cię nie znajomy, jeżeli to słyszysz mam do Ciebie prośbę. Odnajdź moją wnusie. Daj jej to nagranie i ten krzyż, który trzymam w dłoni. Ufam, że jesteś uczciwym człowiekiem. Wnusiu kocham Cię próbowałem dostać się do tego bunkra na stacji, ale był na głucho zamknięty. Mam nadzieje, że tam się schroniłaś. W końcu byłaś tam kasjerką! Niech Bóg będzie z Tobą!
Borys chwilę się zafrapował, na początku chciał okraść dziadka ale stwierdził, że jest coś winien temu truposzowi. W końcu i tak się wybierał do Wagzału.
Ruiny wydawały się opuszczone; po człapiących mutantach nie było śladu. Walka zostawiła jedynie plamę krwi wydaną przez zastrzelonego stwora i wypalony na bruku punkt po kontakcie z granatem hukowym. Borys uśmiechną się szczerze ukazując złotego kła, który błysnął jak iskra wyskakująca z ogniska. Postanowił jednak nie zwlekać dłużej i ruszyć tym razem powoli w kierunku Największego skupiska ludzi, Wagzału.
Jego kroki miarowo poczynały w przeciwną stronę przez co stopniowo oddalał się od drogi na, której miał spotkanie ze zgrają nawiedzonych mutantów. Postanowił iść do traktu Aleksejewskiego, który był oczyszczony z gruzu, przez mieszkańców Wagzała i miast-państw biegnących wzdłuż alei. Nie było ich wiele, ale ulica musiała być czysta dla umożliwienia przejazdu konwojom wojskowym i politycznym z Wagzału. Borys miał kolejne głazy pochodzące z byłych budynków, Nie czuł niebezpieczeństwa, więc zaczął sobie nucić zasłyszaną obcą piosenkę, kiedyś w Wagzale, słowa piosenki dla Borysa były obce, ale domyślał się, że był to angielski.
Zbliżał się do Aleksejewskiej gdy nagle usłyszał ostry łomot, przypominający jakąś muzykę. Na wszelki wypadek skrył się za głazem. Wystawił swoją głową, która nadal skryta była za czarną kominiarką. Gdy nagle za szkieletu kamienicy wychylił się pojazd opancerzony z przytwierdzonymi głośnikami. Na BMP siedziało z tuzin żołnierzy Wagzała. Poznał ich po odznakach wyszytych przez miejscowe szwaczki na starych po radzieckich mundurach. Przypomniał sobie nagle, że przecież te stwory uciekają przez nadmiernym hałasem. Może ci w Wagzale wiedzieli o tym i specjalnie hałasują. Po czym jeden z żołnierzy zobaczył Borysa za gruzem i głośno zastukał butem w dach pojazdu, kierowca na ten znak stanął. Żołnierz szybko zeskoczył z pojazdu i poszedł w kierunku Borysa.
- Szefie! - odezwał się jeden z podwładnych siedzący na wozie. - Gdzie szef idzie ?
- Chwila! - Obojętnie warknął na żołnierza.
Borys szybko wyjrzał za głazu i podszedł do Majora z Wagzału. Powiesił broń na ramieniu i uścisnął dłoń majora.
- Cześć Borys! - uśmiechnął się dowódca z Wagzału.
- Cześć Juro Dimitriowiczu! Wesołym tonem i z pełnym uśmiechem oznajmił majorowi swoją przyjaźń.
- Co tak się kryjesz za głazem, przecież wiesz, że jesteś u nas mile widziany?! - Z miną nie dowierzania stwierdził Major.
-Wiesz jak to jest stary! Trzeba uważać na każdego. A jakby, któryś z Twoich chłopaków wziął mnie za cienia ? Trzeba uważać - miło stwierdził Borys !
- Tak, tak - Jura twierdząco pokiwał głową. - Słuchaj zabieramy się do ruin osiedla Lukowskiego, zapolować na pokraki. Zabierzesz się z nami ?
- Nie, muszę zajść do pewnego miasta i do was. Mam kilka spraw do załatwienia - poklepał mężczyznę w ramię.
- Dobrze, nie długo będzie tędy wracał naukowiec, dam mu znać na radio, żeby Cię zabrał! Po co masz iść na piechotę?! - Wesoło stwierdził stary przyjaciel Borysa - po czym podał mu dłoń poklepał po plerach, wskoczył na pojazd i odjechał.

copyright © Damian Korzeb

czwartek, 1 września 2011

IZRAELSKI MIOTACZ OGNIA - c.d.

Kolejna odsłona historii o konstruktorze zabójczego miotacza ognia... Zapraszam do lektury!!!
*
*

-Pułkownik Pietrowicz chce się z tobą widzieć.
Dawid nie wiedział, czy ma czuć się zaszczycony, czy przerażony. Nie miał pojęcia, co może go spotkać w gabinecie pułkownika Pietrowicza.
Winda oznajmiła przybycie na żądany poziom. Teraz skierowali się do sektora oznaczonego literą E. Z tego, co Dawid zauważył, pozostałymi literami, jakie znajdowały się przy windzie, były litery W, S i N. Uśmiechnął się do siebie, niejako rozwiązawszy tajemniczy skrót 2 E-L. Gdy doszli do rozwidlenia korytarza, Dawid z szerokim uśmiechem oznajmił strażnikowi:
-Teraz proszę w lewo.
Ten nieco zdziwił się odpowiedzią, ale jakby posłusznie słuchając więźnia, skierował się wraz z nim w lewą odnogę.
Stanęli przed jednymi z drzwi i choć nie były one jednak opatrzone żadną plakietką ani wizytówką, to żołnierz dotknął palcem guzika przy drzwiach. Rozległ się męski głos.
-Tak? Słucham?
-Melduję się, Borys Bajkalewicz! Przyprowadziłem więźnia do pułkownika Pietrowicza!
-Wejść! – po tych słowach rozległ się syk mechanizmu otwierającego drzwi i ukazało się gustowne wnętrze gabinetu pułkownika.
Było urządzone jak prawdziwy gabinet, gabinet schludny, czysty, sprzyjający miłej atmosferze spotkań. Do właściwego gabinetu prowadził krótki korytarzyk, wyłożony wzorzystym czerwonym chodnikiem, na którym strażnik rozkazał zostawić więźniowi brudne buty, jedyną jego własność, jaką mu pozostawiono . Stał też tam podłużny stolik, na którym stał kryształowy wazon ze sztucznymi tulipanami, a nad nimi wisiało lustro, w którym Dawid zobaczył swoją gęsto zarośniętą ciemnymi wąsami twarz. Następnie korytarz się skończył i od razu przechodził w duży gabinet, w którym z jednej strony stała wypełniona po brzegi biblioteczka, a z drugiej dębowa komoda, a na niej patefon, na którym krążyła właśnie skończona płyta. W części centralnej stało masywne biurko, na którym stała lampka, butelka jakiegoś wykwintnego alkoholu i dwa smukłe kieliszki. Za biurkiem z obu jego stron stały dwa krzesła, jedno – bliżej wejścia – skromniejsze, drewniane, drugie – stojące przed olbrzymią rozświetloną ciepłym, mlecznym światłem matową szybą imitującą okno – było wysokie, obite skórą, świadczyło o randze właściciela. Siedział na nim pułkownik o włosach przyprószonych siwizną i siwym wąsikiem nad pełnymi ustami, przeglądający okładki płyt gramofonowych.
-Melduję się, Borys Bajkalewicz! Przyprowadziłem więźnia! – krzyknął strażnik, zamaszyście salutując, co spłoszyło nieco Dawida.
-Odmaszerować, Bajkalewicz – mruknął pułkownik, nie odrywając wzroku od płyt.
Nieco zawiedziony reakcją pułkownika strażnik odszedł niedbale. Dawid został sam na sam z pułkownikiem. Poczuł się niepewnie. Przez chwilę wojskowy zachowywał się tak, jakby sam znajdował się w gabinecie.
Dopiero po chwili podniósł bladoniebieskie oczy na gościa. Wskazał ręką drewniane krzesło.
-Proszę, usiądź – zachęcił. Czując się nieswojo Dawid przycupnął na brzeżku krzesła. Pułkownik podszedł do patefonu i nastawił inną płytę. Były to delikatne, a zarazem drapieżne i romantyczne nokturny Liszta.
-Lubię muzykę, a pan? – zapytał pułkownik, wracając do fotela. Dawid aż poczuł, jaką zrobił kretyńską minę.
-Bardziej podoba mi się Bach – rzekł wreszcie. Tymczasem poza zasięgiem wzroku pułkownika kawałkiem znalezionego w jednym z butów drucika mocował się z zamknięciem przy kajdankach.
Pułkownik odkręcił butelkę i nalał do obu kieliszków. Podsunął jeden z nich Dawidowi, a sam wziął drugi do ręki.
-Proponuję wznieść toast za ocalałych – podniósł swoje szkło.
Dawid ujął kieliszek w dłoń i uśmiechnął się myśląc o przyjacielskim nastawieniu pułkownika powtórzył:
-Za ocalałych – wychylił kieliszek, ale dostrzegł, że pułkownik tego nie uczynił.
-A gdyby ten alkohol został zatruty? – zagaił wojskowy, unosząc nieznacznie brew.
Palce następcy Liszta wartko biegły po klawiaturze fortepianu, wydobywając przecudne dźwięki. Trwający w bezruchu jak posąg pułkownik Pietrowicz z uniesioną szelmowsko brwią. Dawid z dyndającymi u lewej ręki otwartymi kajdankami, z tkwiącym na granicy gardła łykiem potencjalnie zatrutego alkoholu.


© Monika Feluś