wtorek, 29 listopada 2011

Brzask odc. 4

Witajcie, pragnę wam przekazać kolejny odcinek powieści "Brzask". Tym razem bohaterowie wkraczają do biednych dystryktów, zamieszkanych przez Rosjan i Chińczyków oraz masy innych mniejszości narodowych i etnicznych. Zapraszam do śledzenia ich przygód!

Odc. 4


Samochód zaczął wjeżdżać w dość nieciekawą okolicę, piękne autostrady i eleganckie budynki ustąpiły miejsca starym, zdezelowanym barakom, które lata świetności miały już dawno za sobą. Wzdłuż dziurawej ulicy, która tak naprawdę była już podłożem skalnym, rozpościerały się szerokie chodniki, na których toczyło się całe życie tego zapomnianego przez Polaków miejsca. Większość dystryktów utrzymywano w przyzwoitym stanie, były  biedne to trzeba przyznać, jednak dobrze utrzymane i czyste. Sektory H i F należały do najgorszych, ponieważ zamieszkiwały je mniejszości etniczne, które były zamieszane w wiele podejrzanych interesów. 

- Mitrov, spójrz na tych ludzi! – Sikorski jadąc bardzo powoli, spojrzał w lusterko z zatroskaną miną – Kogo widzisz? – Po czym wskazał ludzi stojących na chodniku, palących papierosy, gdzieś biegnących, ogólnie chodziło mu o tych wszystkich, którzy byli poza pojazdem. 

- Panie chorąży, widzę swój dom i ludzi biednych, zatroskanych o przyszły byt! - Z wyraźną miną oburzenia dał znać swojemu zwierzchnikowi, że nie da się nabrać na próbę prowokacji.  Przecież on chce mnie sprawdzić! - myślał – Chce zobaczyć, czy wybuchnę agresją, przecież wie, że stąd jestem! Bogacz z sektora A - Myśli były bujne u Mitrova, twarz jednak była w iście pokerowym wyrazie.

- Dobra odpowiedź! – Po czym chorąży uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Mitrova, ten z kolei wydał się mu mocno zaskoczony – Tak, Mitrov, ludzie tutaj w większości są po prostu biedakami, nic więcej, jednakże bieda jest czynnikiem kryminogennym i popycha ludzi do różnych kroków. A o tym akcie kanibalizmu, co miał tutaj miejsce jakiś czas temu, to już nie wspomnę. W każdym razie nie myśl sobie, że jesteśmy z Panem Ryżym uprzedzeni do kogokolwiek. Tak w ogóle to gdzie mieszkałeś? – Sikorski zwolnił, i włączył kierunkowskaz skręcając z dzielnicy Rosjan do sektora chińskiego.

Krajobraz zmienił się diametralnie, sklepy z rosyjskimi napisami zniknęły z horyzontu, teraz jak daleko sięgał wzrok, widok  przypominał istny raj, wszędzie były chińskie napisy, kolorowe lampiony i wstęgi, a po ulicach wędrowały całe masy Azjatek i Azjatów. Pozory względnego porządku i ułożenia były bardzo złudne, wszystko tutaj w ryzach trzymała potężna chińska mafia, która na dodatek miała dobre stosunki z mafią rosyjską. 

Po chwili milczenia i ogólnej konsternacji, Mitrov wysunął się do przodu tak, że był na równi z kierowcą i Ryżym, po czym wskazał palcem jedną z kamienic, która wyglądem przypominała resztę. – O tutaj właśnie ostatnio mieszkałem, Chińczycy mają trochę mniejsze ceny najmu i mogłem sobie pozwolić na wynajęcie kawalerki, zresztą znałem od małego takiego Zao, ten jegomość tutaj trochę rządził, a teraz o ile dobrze wiem został prawą ręką jakiegoś ważniaka, także jestem tutaj praktycznie nietykalny. 

Wywód jednak przerwało gwałtowne hamowanie, mimo małej prędkości pasy zdołały wbić się w klatki piersiowe trzech pasażerów. 

- Co się stało?! – odezwał się lekko oszołomiony Ryży. 

- Dzieciak wybiegł na jezdnię, taki mały, mało co brakowało, a leżałby pod kołami. Tam jest, widzicie? – Sikorski pokazał wyraźnym kiwnięciem głowy na małego szkraba, który latał wszędzie jak szalony – Jak go matka nie będzie pilnować, to go kiedyś coś przyjedzie i taki będzie finał. 

- Panie chorąży, nie ma co się dziwić, że on tak szaleje tutaj. – Mitrov wydał się Sikorskiemu bardzo zaznajomionym z tym maluchem. – Zresztą on nie jest taki mały, po prostu nie wyrósł, a ma z 10 lat. Zresztą to dzieciak Tunga, jednego z żołnierzy. Niech pan chorąży wierzy, jak on chce, żeby ktoś skakał na jednej nodze, ten musi to zrobić, nawet jak by był to staruszek z drewnianą nogą. Lepiej go unikajmy, bo można sobie narobić kłopotu. Kiedyś podobno jeden z jego nauczycieli dał mu klapsa, później, no cóż, znaleźli obgryzione kości. 

- Mitrov, przestań mi czynić honory, jesteśmy na tajnej akcji i masz się posługiwać pseudonimami, zresztą przypomnijmy je sobie! – Sikorski powoli ruszył i skręcił w ulicę Arbat, na końcu której leżała knajpa gdzie miał być Wong. – Mitrov kim jesteś? 

- Aleksander Nowokin, fryzjer z dzielnicy C. - Wyrecytował z pamięci Mitrov z nutką znudzenia.
-Ryży, a ty? – Sikorski spojrzał na pasażera obok i kiwnął głową w stronę mężczyzny, który cały czas wyglądał przez okno. 

- Ja jestem Sławomirem Jurkiem, maszynista z bloku C. – Z taką samą obojętnością jak Mitrov wymówił swoje nowe dane osobowe.

- A ja jestem Mikołajem Wolickim, pisarz. 

- Tak w ogóle powiedź mi, Grzegorz, po co te wszystkie tajemnice, my w wywiadzie podajemy swoje dane i już, wierz mi bądź nie, ale wielu szuka nas w bazach danych i nie może znaleźć, tak czy inaczej. – Ryży z wyrazami zażenowania zwrócił się do Sikorskiego. 

- Nie wiem, Darek, po prostu dowództwo kazało i już. Najwidoczniej wiedzą więcej od nas. No dobra, jesteśmy – Samochód powoli zwolnił i w końcu zatrzymał się pod knajpą, gdzie byli umówieni z Wongiem. Przed drzwiami stało dwóch ciemnych typów w eleganckich czarnych garniturach, ich twarze przypominały Sikorskiemu twarze znanych azjatyckich aktorów. Każdy z nich miał pod marynarką pistolet automatyczny, których zresztą nie ukrywali, a wręcz przeciwnie. – Za 10 minut mamy umówione spotkanie, robimy tak: wychodzimy z samochodu, śmiejemy się i niby idziemy się napić po pracy. Jakby nas zatrzymali, to ja będę gadał, jasne? 

- Nie! - Wyraźnie zaoponował Mitrov. - Ja ich znam, pozwólcie mi działać.

- Dobra, Mitrov, skoro ich znasz, droga wolna. 

Mężczyźni wysiedli z wozu, zatrzaskując wszystkie drzwi, zaczęli się wesoło śmiać i opowiadać sobie kawały, powoli weszli na chodnik i zmierzali w kierunku drzwi, które otaczały dwa pięknie wyrzeźbione smoki pomalowane złotą farbą, schody zaś wyłożone były czerwonym dywanem. Podeszli bliżej ochroniarzy i już chcieli wejść, gdy nagle wyższy tubalnym głosem i łamaną polszczyzną powiedział:

- Czego tu?! - Chwycił za pistolet nie wyciągając go ze skórzanej kabury.  

- No co ty, Jintao?! Ludzi nie poznajesz?! – Mitrov podszedł bliżej Azjaty, ten zaś wyraźnie przyjrzał się niższemu Europejczykowi, po czym wyciągnął całkiem pokaźną broń i wycelował w czoło Mitrova. Jego twarz miała wyraz kamienny i przypominała wyglądam popiersie, zamarłe w swoim pięknie.

- BANG! Bang! – Uśmiechnął się i przytulił swoim niedźwiedzim uściskiem skromnego Mitrova. – Pewnie, że cię pamiętam, kumplu. Co was sprowadza w te okolice? – Chińczyk podrapał się swoim pistoletem po głowie i schował go do kabury. 

- A wiesz, przyprowadziłem kolegów do baru na jednego. Chyba nie macie nic przeciwko? –Zapytał ostrożnie swojego starego kolegę, lekko przystępując z nogi na nogę. 

- Coś ty, właź! Zamówcie coś do jedzenia, mamy nowego kucharza, całkiem smacznie gotuje, polecam szczególnie sajgonki i pierożki. – Między słowami dało się słyszeć ciche burczenie w brzuchu wielkiego  Azjaty. 

- Dzięki, Jintao, przedzwonię do ciebie na dniach. Cześć! – Jintao klepnął w plecy swojego znajomego i znowu zmienił się w słup soli bez emocji. Mężczyźni szybko weszli do restauracji która, jak się okazało, była samym epicentrum mafijnych interesów. W środku siedziało pełno Chińczyków i Rosjan, którzy najwyraźniej budowali mafijną przyjaźń, między oboma narodami. Wnętrze było bardzo bogato urządzone. Luksusowe skórzane meble, stoliki z prawdziwego drzewa i kryształowe żyrandole, napełniały mężczyzn pewnym podziwem i strachem jednocześnie, zdali sobie sprawę, że są w samym centrum gniazda, wypełnionym gangsterami. Po chwili barman podszedł i postawił przed nimi trzy kufle piwa. 

- A to co? – Z wielkimi oczami zwrócił się w stronę barmana Ryży.

- To na koszt pana Zao - Barman cichym głosem i delikatnym wskazaniem oczu pokazał jednego z mężczyzn siedzącego przy stoliku z kilkoma Rosjanami i Chińczykami. Mitrov zobaczył tam dobrze znanego sobie kumpla Zao, który był ubrany w elegancki garnitur. Zao na zetknięcie się spojrzeń obu grup podniósł rękę w geście przywitania. Agenci również podnieśli swoje dłonie pokazując pokojowe zamiary, wrócili spojrzeniami w lustra bursztynowych napitków. Mitrov delikatnie, prawie niezauważalnie, spojrzał na mężczyzn siedzących obok niego, przychylił się do ucha Sikorskiego i bardzo cichym szeptem powiedział:

- Idźcie sami! Nie możemy wzbudzać podejrzeń wobec Zao. Po krótkiej chwili chwycił w rękę kufel zimnego piwa i zaczął je wlewać małymi łykami w odmęty swojego przełyku. Po opróżnieniu kufla podniósł się i podszedł do stolika gdzie siedział Zao z chińsko-rosyjskim towarzystwem. Tamci wstali i pokazali dłonią na wolne krzesło, Mitrov  kiwnął głową w geście przyzwolenia i usiadł koło swojego starego przyjaciela.Kelner szybko podskoczył i przyniósł im szklaneczki z whisky. Sikorski i Ryży wykorzystali sytuację, którą stworzył im Mitrov i odeszli od baru wymykając się uwadze Zao. Udali się w przeciwległym kierunku sali, gdzie siedziało już o wiele mniej ludzi, a szmer mieszanych rozmów chińsko-rosyjskich prawie umilkł.

Sikorski taksował piękną salę w poszukiwaniu Wonga. Znalezienie go nie było trudne, okazało się, że Wong jest wielkim jegomościem o wielkich barkach i iście konfucjańskiej brodzie. Przed sobą trzymał najnowszy numer prasy lokalnej „Pekin News”. Gazetę czytał wolno i systematycznie, zmieniając stronę za stroną. Mężczyźni podeszli bardzo blisko, ten jednak nie zwracał na nich uwagi i czytał dalej. 

- Widzę, że czyta pan gazetę lokalną! – odezwał się Ryży z wesołym uśmiechem na ustach. Chińczyk ledwo podniósł swoje zamyślone oczy ponad linię pisma. Zmierzył obu wzrokiem i bardzo szybko przeniósł swoją uwagę z powrotem na obrazki w prasie.

- Tak. – Odpowiedział w iście spartański sposób, z nutką niegrzeczności w głosie. Ryży jednak nie dawał się zwieść. I grzecznie kontynuował.

- A jadł pan kiedyś kaczkę po pekińsku? – Opierając się obiema rękoma o krzesło agent wychylił się w kierunku Wonga. Tamten powoli opuścił gazetę, złożył ją w równą kostkę i odłożył na stół centralnie przed sobą. 

- Nie. Ale moim ulubionym daniem jest kaczka po seczuańsku. Siadajcie! – Wskazał ręką krzesła znajdujące się po drugiej stronie stolika. Ryży i Sikorski szybko usiedli i słuchali co mężczyzna ma do powiedzenia. 

- Myślałem, że nie przyjdziecie, siedzę tak i siedzę od pół godziny! Umówieni byliśmy na w pół do 7!

– Chińczyk lekkim głosem sprzeciwił się opieszałości agentów. – Wy naprawdę myślicie, że mam czas siedzieć w knajpie przy kawce? 

- Dowództwo powiedziało, że mamy się spotkać o 7. – Sikorski poprawił w sposób wybitnie grzeczny i z iście angielską flegmą masywnego chińskiego gangstera.

copyright: Damian Korzeb

w stanie gotowości

Ten rysunek może się chyba obyć bez komentarza;)




© Monika Feluś

piątek, 25 listopada 2011

woda

To znowu ja!

Tym razem nasi bohaterowie mają poważny dylemat dotyczący zaspokojenia pragnienia. Jak się skończy ta historia?:)
Przypominam, że nadal nie mają oni imion, dlatego jestem otwarta na propozycje:) puśćcie wodze wyobraźni!



©Monika Feluś

czwartek, 24 listopada 2011

polowanie

Witam Was, towarzysze poatomowej niedoli!
Na początku chciałabym Was przeprosić za moją długą nieobecność. Nie dociekając przyczyn mojej absencji na blogu, chciałabym Was uraczyć nowym wytworem mojej chorej wyobraźni;) Obiecuję, że w najbliższych dniach moja aktywność się ożywi (szczególnie w zakładce "Fallout's offspring"). Pozdrawiam i odpaliwszy swoją zakurzoną maszynę jadę na wschód!



© Monika Feluś

Meeting with Dmitry Glukhovsky in Warsaw (17 November 2011)

Recently (17 November 2011) we were at the meeting with Dmitry Glukhovsky in Warsaw's EMPIK., Dmitry promoted his the latest book "It's getting darker" ("Twilight"). The author was joking that it is not the same as well known the Stephanie Meyer saga "Twilight". At the meeting Dmitry promoted also Szymun Wroczek's "Piter" - book belongs to serial "Metro Universum 2033". We are reading this books now.
After introduction Dmitry answered the questions of the readers. Personally, we asked a question about the existence of the most enigmatic place in Metro - Emerald City. As we expected, Dmitry gave us evasive answers, that it is one of the romantic legends of the Metro.
Interesting thing was fact that the date in the title of "Metro 2033" is related with the date of Christ crucifixion - it's 2000 years after it. Dmitry said that this number is cool :) Next, Dmitry was signing his books.
And now we present you a photo story of the event:

1. A table with the date of the meeting.


2. Books :)


3. Dmitry was talking about his books and book of Szymun Wroczek. Unhappy, in the ledges, next to Dmitry's books there was not "Metro 2034" and "Twilight".


4. Happy Dmitry admitted that happens more often to promote their books in Warsaw than in Moscow. (On the right - translator)


5. Dmitry was listening questions from readers through translator and was playing with his microphone by rolling it on the table ;)


6. In that photo there are Monika and Damian (authors of blog post-apo-2012) and Dmitry.


7 and 8. Our own books with authographs from Dmitry: "Metro 2033", "Metro 2034", "Twilight" and "Piter".

środa, 23 listopada 2011

Brzask odc. 3

Oto kolejny odcinek mojej powieści "Brzask". Zapraszam do lektury!

Rozdział 2, Misja

Trzy godziny później

Samochód Wisła-150, kiedyś potężny skok naprzód, teraz żałosny relikt przeszłości. Napęd zapewniała mu specjalna turbina, która poruszana była przez sprężone powietrze przelatujące wśród specjalnych komór i łopatek. Co prawda auto posiadło kompresor i uzupełniało braki w zbiorniku, jednakże powietrza starczało na przejechaniu ok. 100 kilometrów, co nie było zbytnim osiągnięciem. Szansą i sukcesem tego pojazdu było wycofanie silników benzynowych z użytku wewnętrznego, co wymusiło opracowanie nowej konstrukcji silnika, który nie czyniłby żadnej szkody, a wręcz przeciwnie. Samo auto było dość ładne i nowoczesne, posiadało wszelkie systemy bezpieczeństwa, welurową tapicerkę, radioodtwarzacz, który odbierał wiele radiostacji umieszczonych wewnątrz kompleksu, napawających różną muzykę, od polskiego folku po rosyjską muzykę klubową. Życie kulturalne kwitło w najlepsze pod wypaloną przez promieniowanie ziemią.

Samochód mknął z całkiem przyzwoitą prędkością po jednej z nowo wykutych autostrad. Jednakże Wisła była stara i wszystkie samochody o napędzie sonicznym wymijały starego grata. Napęd soniczny był nowością wymyśloną przez Aleksa Novodnikowa, który był z pochodzenia Ukraińcem. Napęd polegał na prostej zasadzie, tunele były wyposażone w generatory i wzmacniacze ultradźwięków, które po odbiciu się o karoserię auta pobudzały mikropłytki dźwiękoczułe, które z kolei zmieniały mikrodrgania w prąd elektryczny i napędzały nowoczesne auta. Jednakże auta te mogły się poruszać wyłącznie po bloku A, ponieważ tylko tam były zainstalowane odpowiednie urządzenia. Poza tym nikt przy normalnych zmysłach nie jechałby nowym autem do slumsów. Chorąży Sikorski wraz z dwoma kompanami zmierzali piękną czteropasmową autostradą w kierunku dzielnicy granicznej zwanej Władywostokiem Zachodu, ponieważ mieszkała tam znaczna część mniejszości rosyjskiej. Sikorski siedzący za kółkiem, lekko dodawał gazu, który zamiast wywołać warkot spalania zwiększał syk, jakby coś się zepsuło.

- Eh. Nie ma to jak silnik wysokoprężny, raz jak byliśmy na ekspedycji na górze, to przydzielono nam jeden BMP i dwa samochody z silnikami diesla, mówię wam to dopiero huk i moc! - Sikorski aż przesunął się na fotelu, poprawiając przy okazji ułożenie swojego kręgosłupa.

- Tak, znam te silniki! - odezwał się Ryży, wyglądając cały czas przez okno i obserwując skalne ściany, które nie były idealnie gładkie jednak i tak przypominały marmurowe płyty. Po chwili jednak westchnął - wyobraź sobie, że tutaj jeżdżą tłumnie samochody z takimi silnikami! Przecież udusilibyśmy się albo umarli od hałasu. A tak proszę! cisza i spokój.

- A mój ojciec! - Odezwał się siedzący na tylnej kanapie przydzielony im nowy kolega Mitrov, który do tej pory siedział cicho i tylko się przysłuchiwał - kupił kiedyś od jednego Rumuna! taki ręcznej roboty spalinowy motorower i nim jeździł do roboty. - Po tej wypowiedzi na jego twarzy pojawiła się nutka ironicznego uśmiechu - Mężczyźni natomiast spojrzeli na niego krzywo i pokiwali głowami. W końcu Sikorski nie wytrzymał, spojrzał w lusterko i powiedział do młodzieńca o rosyjskich rysach.

- Bardzo interesujące! Nic dziwnego, że brakuje wam tam tlenu i macie dużą emisję różnych gazów. Przez was trzeba budować coraz nowe systemu neutralizacji tych wyziewów i wychodzić na powierzchnię w celu budowy kolejnych kominów odprowadzających. Nawet nie wiesz, młodziaku, co tam łazi po powierzchni, takich okropności w życiu nie widziałeś!

Mitrov lekko się zarumienił i umilkł na dłuższy czas, podczas gdy Ryży w geście poparcia pokiwał głową i pogłośnił radio w oczekiwaniu na wiadomości, ponieważ dochodziła już 5. Po ostatniej zwrotce jakiejś dziwnej muzyki pojawił się krótki muzyczny wstęp do wiadomości o piątej. Po chwili tubalny mocny głos odezwał się i zakomunikował:

- Dziś w wiadomościach: prezydent zatwierdził przebijanie tunelu w kierunku Grodziska Mazowieckiego, który ma umożliwić zbadanie mniej skażonych rejonów. Dodatkowo dziś w wiadomościach o planowanym zwiększeniu dostaw energii elektrycznej do bloku F, będzie również o nielegalnych wypływach paliw ciekłych z baz granicznych! - w tle zabrzmiała ponownie melodyjna muzyka, przypominająca ludzki puls - Dziś prezydent Paweł Zaręba wraz z premierem Mikołajem Nosidło zatwierdzili plan przebicia się w kierunku Grodziska Mazowieckiego, w celu penetrowania tamtych terenów, liczne ekspedycje udowodniły, że promieniowanie jest tam małe i występują nawet drobne rośliny, czyżby zbliżał się koniec podziemnej tułaczki? - dziennikarz z nadzieją w głosie skomentował newsa.

- Ta jasne! Ha Ha Ha! parsknął śmiechem kierowca. - Gęba Ryżego także była rozjarzona od uśmiechu, który ukazywał wszystkie jego zęby. Po czym obaj zaczęli kiwać głowami i pukać się w czoło. Jednakże nie zauważyli, że Mitrov siedzi i na jego twarzy wyraźnie maluje się mina zadziwienia i niedowierzania. Ryży obejrzał się za siebie i spojrzał prosto w oczy nowemu kompanowi.

- Co, Mitrov?! Nie wiesz o co chodzi, prawda? - Ten wzdrygnął się lekko i wcisnął się najdalej jak tylko mógł w brązową welurową tapicerkę fotela. Sikorski prowadził auto z uśmiechem na ustach i co chwilę zerkał przez lusterko na zaskoczoną minę Mitrova.

- Nie wiem o co chodzi. - Zająknął się młody mężczyzna. - A co powiesz mi?

- Oczywiście! Musisz wiedzieć przecież w czym rzecz. My jesteśmy poważnymi żołnierzami i nie ma tutaj miejsca na żadne żarty czy anegdoty. - Mina Ryżego wyraźnie zbladła i spoważniała - Przebijanie tunelu do Grodziska nie ma na celu wyjścia ludności na powierzchnie, tam jest za mocne promieniowanie, rządowi chodzi o uspokojenie nastrojów społecznych. Sam wiesz, że drążymy coraz głębiej i głębiej. Jest nas coraz więcej i nowo narodzonych nie mamy gdzie pomieścić.

- No dobrze ale skąd ta pewność, że w Grodzisku jest aż takie wysokie promieniowanie. - Zdziwił się młody nie doświadczony chłopiec ubrany w czarny sweter i jeansowe spodnie.

- Jak to skąd?! Przecież tam były niezliczone misje i ekspedycje. Nawet nie wiesz jakie tam porąbane stworzenia latają po ziemi. Ostatnio widziałem psa bez łba. Rozumiesz?

- Martwego? coś mu łeb zjadło?

- Nie, skąd! Tym bym się nie zdziwił. To był żywy pies, tylko, że nie miał głowy, jedynie szpary na oczy, tam gdzie wychodziła by szyja. Nie wiem co tam oddziaływało przez tyle lat. Ale spokojnie nie był groźny, uciekał z piskiem jak wystrzeliłem z pistoletu w powietrze. Czyli można powiedzieć, że to był zwykły piesek. Zresztą Mitrov pamiętaj, nie wierz mediom, one kłamią!

- Oto nasz zjazd - zakomunikował Sikorski, po czym włączył kierunkowskaz i zaczął zjeżdżać z autostrady w lokalną drogę, na drogowskazie oznajmującym zjazd z autostrady był przekreślony znak głośnika, co znaczyło, że pojazdy soniczne nie mogą tu wjeżdżać. Co prawda, budowano tam systemy napędu sonicznego, ale wszystkiego na raz po prostu nie da się zrobić. Samochód zaczął podjeżdżać pod spore wzniesienie, ten natomiast systematycznie zaczął zwalniać i pluć słabym powietrzem.

- A niech to! wjeżdżamy do slumsów i powietrze się kończy! - Mężczyzna z wyraźnym zdenerwowaniem walką jedną ręką w kierownicę. - Chyba zapomnieli dać do pełna w bazie!

- Ależ skąd! - wtrącił się Ryży pokazując palcem na znak stojący pod skalną ścianą.

- Sam sprawdzałem zanim przyszedłeś, że jest cały zbiornik. Zresztą za 100 m jest stacja powietrzno-benzynowa - Ten znak był podobny do tych przed wojną jednakże pod dystrybutorem widoczny był także symbol tlenu z tablicy Mendelejewa. Czego niektórzy chemicy się czepiali, ponieważ czysty tlen jest jak najbardziej palny, a na stacjach tankowano pojazdy mieszanką, taką samą, którą oddychali ludzie. Za nielegalne uważane było czerpanie nadmiaru powietrza z atmosfery bunkrów do baków, a gdy specjalny komputer wykrył nadmiar pobrania na dany miesiąc, przekazywany był określony komunikat do policji, która miała prawo ingerować.

Samochód powoli skręcił na stację należącą do Orlenu, była to nie duża stacja, zaledwie 3 stanowiska do tankowania. Stacje były wypierane przez system soniczny. Jednakże jeszcze się trzymały. Sikorski podjechał pod dystrybutor z napisem powietrze. Wysiadł z czerwonego auta i podszedł do dystrybutora, który podłączony był do dużego zbiornika na powietrze pod ziemią. Powoli zaczął tankować i słyszał charakterystyczny warkot kompresora. Powietrze nie było zbyt drogim paliwem, jednakże benzyna biła rekordy i do jej kupowania upoważnieni byli tylko nieliczni.

Po chwili z samochodu wysiadł Ryży, rozprostował plecy i skierował się do sklepu na stacji. Po chwili dystrybutor zaczął pikać i oznajmił w ten sposób, że bak został napełniony. Sikorski spojrzał na dystrybutor, który pokazywał sumę 78 zł za 40 litrów co wychodziło 1,95 za jeden litr. Przygotował 100 zł i skierował się w kierunku kasy. W wyjściu minął Ryżego, który taszczył całą torbę przekąsek i Polocokty.

- Ryży powiedź mi po co ci ten prowiant? - Sikorski poważnie spytał mężczyznę, który w obu rękach dźwigał siatki na zakupy.

- Nie pytaj głupio. Przecież, że do konsumpcji. A tam głęboko w slumsach to nie mają dobrych sklepów, przyda się mały zapas. Płać za powietrze i jedziemy bo się spóźnimy na spotkanie - Po czym podszedł do bagażnika i wrzucił tam dwie siatki. Sikorski szybko zapłacił za paliwo i udał się do auta. Szybko przekręcił kluczyk i odjechali w kierunku zapomnianej przez rząd dzielnicy etnicznej.

copyright: Damian Korzeb

poniedziałek, 21 listopada 2011

To tylko początek Odc. 1

Witam Kochani. Pozwalam sobie zamieścić tutaj moje nieco starsze opowiadanie, które zamierzam odkurzyć i wam je tutaj prezentować. Opowiadanie to dzieje się w moim rodzinnym mieście! Chciał bym pokazać, że wydarzenia o skali światowej dzieją się wszędzie nie tylko w USA albo Rosji. Zapraszam do lektury! Pozdrawiam. Damian.


Piątkowy wieczór w Pruszkowie był wyjątkowo spokojny. Wiele zgłoszeń nie było. Jedynie jakieś awantury bądź za głośno puszczona muzyka. Miasto szykowało się do snu. Odgłosy biegnące z Alei Wojska Polskiego cichły. Parkingi przed blokami zapełniały się coraz większą liczbą nowych i zdezelowanych aut. Noc oznaczała spokój i wytchnienie dla zmęczonych i zagonionych mieszkańców. Jednakże nie dla wszystkich był to okres spokojny. Byli tacy ludzie, którzy musieli w czasie nocy stanąć na baczność i reagować na wybryki zdemoralizowanych ludzi. Takim człowiekiem był m.in. Wiktor Kozłow.
Zegarek wybił godzinę ósmą wieczór, która oznaczała, że Wiktor ma godzinę czasu na dostanie się do miejsca pracy. Spojrzał wesołym uśmiechem na zegarek, który stał tuż przed nim. Podniósł się z fotela i jednym ruchem ręki zamknął laptopa, na którym oglądał jakieś śmieszne filmiki w jednym z serwisów internetowych. Po podniesieniu swojego cienkiego, ale sprawnego cielska, udał się do ubikacji. Toaleta oddzielona była od kawalerki Wiktora krótkim przedpokojem i drzwiami, wykonanymi z ciężkich mahoniowych desek . Wiktor wchodząc do łazienki zapalił światło i szybkim ruchem spojrzał na lustro przed nim. Twarz Wiktora wyrażała wszystkie przygody jakie przeżył. Brązowe oczy zatopione były w niezbyt głębokich oczodołach. Sama twarz była smukła i pokryta dwiema bliznami, które kiedyś zarobił od żołnierzy mafii pruszkowskiej. Włosy miał jak zwykle poczochrane, broda natomiast była bardzo zadbana. Wiktor chwycił za wyszczerbiony grzebień i w mgnieniu oka zrobił z niesforną czupryną drobny porządek. Toaleta przed pracą nigdy nie była długa, Wiktor niezbicie dbał o czystość. Po zabiegach przed lustrem przysiadł na muszli i zaczął sprawdzać pocztę w swojej komórce z usługą internetu "za pół darmo"
- No dobra, zobaczymy co tam mi spam przysłał. - Po czym Wiktor zalogował się na swoją skrzynkę meilową. Nic tam nie było oprócz reklamy jakichś zniżek, których pewnie w życiu by nie wykorzystał. Nie zwykł kupować garnków za pół ceny. Wystarczył mu jeden, ten, który dostał od babci.
- Jak zwykle nic nie ma. Ale czego ja się spodziewałem ? Od lat już nikt do mnie nie pisze. No dobrze, czas się zbierać do pracy.
Po chwili już znajdował się w oświetlonym przez żarówki pokoju, gdzie nie było wiele mebli. Sofa, biurko, komoda na której stał telewizor oraz spory sejf, stojący w jednym z rogów mieszkania. Wiktor lubił dywany, dlatego na podłodze leżał bordowy perski dywan. Wiktor wkroczył na niego powolnym ruchem kierując się w stronę komody. Wysunął dłoń w kierunku jednej z szuflad, gdzie trzymał ciuchy. Otworzył lekkie bukowe drzwiczki i wyciągnął wytargane jeansowe spodnie i czarną koszulę z nadrukowanym znakiem stop, po czym szybko wciągnął na siebie te ubranie, założył parę czarnych skarpet i podszedł do sejfu. Wyciągnął sztywne paluchy w kierunku cyferblatu.
- No dobra, jaki to był PIN ? Może 6667 ?
Wstukał kod po czym sejf, głośną warknął oznajmiając błędny kod.
- Cholera. - Warknął Wiktor, sięgnął do spodni i wyciągnął komórkę, wygrzebał w książce telefonicznej człowieka o imieniu Aleksander Newski. I tam przeczytał jaki ma PIN. Skrzętnie go ukrył w cyfrach początkowych numeru telefonu.
- No dobra 6698. - Sejf charakterystycznie piknął, wydał z siebie dźwięk przesuwających się skobli po czym wolno ukazał swoją zawartość. W środku było sporo pieniędzy, dwa Glocki, Magnum kaliber 44 i UZI, które zdobył kiedyś w nielegalny sposób. Myślał sobie, że na wypadek anarchii będzie jak znalazł. W kasie pancernej było też sporo paczek z amunicją. Wiktor chwycił służbowego Glocka i pokrowiec. Przypiął pokrowiec do paska i wsadził tam pistolet. Nie minęła dłuższa chwila gdy zegarek wskazał godzinę za dwadzieścia dziewiątą.
Po chwili Wiktor znajdował się pod blokiem z rowerem u swojego boku. Wiktor mieszkał na Osiedlu Staszica w jednym z wieżowców. Budynek był dość przeciętny i niczym się nie wyróżniał z tła. Ta część o tej porze już wymierała, a raczej zmieniało tryb życia. Na ulicę wychodziły różne męty, których normalni ludzie bardzo się obawiali. Wiktor wsiadł na swojego srebrnego górala i szybko ruszył wzdłuż ulicy Plantowej. Jadąc mijał lokalną szkołę podstawową gdzie już nie było dzieciaków, tylko zdemoralizowana młodzież gimnazjalna, która z wysoką motywacją wykrzykiwała hasła, lekko mówiąc, anty-policyjne. Wiktor dobrze pamiętał pewne spotkanie z jednym z nich, zaskoczony był jego bezczelnością i brakiem szacunku do innych ludzi.
- Rudzielec był tak bezczelny, że wyzywał mnie od ... najgorszych. A potem się okazało, że jego tatuś jest jakimś ważniakiem w KGP. - Powiedział to sam do siebie pedałując. Aut na ulicach ubywało. Tylko co jakiś czas wymijały go jakieś samochody. Po chwili Wiktor znajdował się na skrzyżowaniu ulicy Plantowej i Powstańców, skręcił w tą drugą i wjechał na ścieżkę dla rowerów. Przed sobą zobaczył sporą grupę łysych młodzian, stojących tak, że nie mógł ich wyminąć. Zwolnił cały czas patrząc im prosto w oczy z niezbyt miłą miną. Okazało się, że to były tylko banda wymoczków, szybko ulegli wojnie psychologicznej i wycofali się, robiąc odpowiednią ilość miejsca.
- Patrz jaki frajer. Myśli, że jest taki mocny! - Po czym młodzianie rzucili butelką po piwie w jego kierunku, która równym łomotem roztrzaskała się o szarawą kostkę brukową. - Usłyszał będąc oddalonym od nich, już o całkiem spory dystans. Postanowił ich zignorować i jechać dalej. Szybko znalazł się na skrzyżowaniu ulic Powstańców i Wojska Polskiego. Zdążył na zielone światło, także przejechał szybko skrzyżowanie. Chodniki przy głównej ulicy były puste, bardzo mała ilość ludzi. Jakieś resztki przemykały się w cieniu. Oby do domu szybko i spać. Pruszków słynął z tego, że życie tu zamierało już około godziny 17. Wiktor bardzo szybko znalazł się na ulicy Kraszewskiego jadąc przez okoliczne podwórka. Ulica Kraszewskiego była doprawdy przepiękna, to była reprezentacyjna ulica miasta, pruszkowski magistrat nie żałował pieniędzy na remont i krótko mówiąc odpicowanie ulicy. Wiktor szybko minął kościół św. Kazimierza, którego architekturę uwydatniała iluminacja. Sąd po lewej, wydawał się opustoszałym jedyne światło pochodziło z pomieszczenia dozorcy, który pilnował miejsca złudnej sprawiedliwości. Następny w kolejce był urząd miasta, który nie był okazały, ot zwykła kamienica przerobiona na urząd. Komenda przywitała Wiktora otwartymi drzwiami i wychodzącymi przez nie dwóch policjantów, którzy Wiktorowi machnęli ręką i żwawym krokiem ruszyli na patrol.
Wiktor jak zwykle przypiął rower do stojaka przy komendzie, którą to nie dawno wyremontowano ze środków powiatu pruszkowskiego. Wiktor po zabezpieczeniu roweru wskoczył szybko po nowych schodach do drzwi komendy. Lobby komisariatu w Pruszkowie było doprawdy piękne. Wszędzie stały nowe meble, ściany lśniły blaskiem nowej farby w kremowym odcieniu bieli, podłoga zachęcała do stąpania po niej swoją czystością i blaskiem odbijających się jarzeniówek. W głębi za ladą siedział stary znajomy Wiktora, Julian. Był to doświadczony glinaż, który pracował przy likwidowaniu gangu pruszkowskiego. Praca ta wywarła tak silny wpływ na psychikę Juliana, który nie pragnął niczego innego jak spokoju, i tak oto właśnie wylądował w miejscu dla żółtodziobów.
- Cześć Witek! - Odezwał się Julian widząc wchodzącego kolegę. Wiktor podszedł do lady, gdzie siedział elegancki mężczyzna w wypracowanym mundurze.
- Cześć Julek! Co tam u Ciebie słychać? Jak remont łazienki? Może Ci będę mógł w czymś pomóc ? - Julian wyszczerzył zęby i wstał do stojącego kolegi. Po czym podał mu dłoń w geście przywitania. Jego facjata była dość młoda, jednak miał już swoje lata, było to widać po szpakowatych włosach, które zaczesywał na przedziałek w prawo. Oczy miał brązowe jak węgiel brunatny, natomiast na jego twarzy od ucha do ust prowadziła równa szrama była ona pamiątką po gangu pruszkowskim.
- Bardzo dziękuje, że pytasz Wiktor. Ale nie dziękuje. Wszystko już zrobiłem. Zostało mi zamontowanie sedesu. Wiesz jaki fajny sobie kupiłem ? Taki z bidetem zamontowanym i klapą, która powoli się opuszcza ! No po prostu luksus. A to za jedyne 400 zł! - Oczy Wiktora błysnęły milionem iskier na tę wiadomość. W jego głowie zrodziła się myśl, że przecież jego także stać na takie cacko. Jego wysłużona muszla nadawała się już tylko na ze złomowanie. Teraz czas na coś ekstra. W końcu nie na darmo sedes nosi miano tronu! - Pomyślał z nutką triumfu w postaci wyrazu na twarzy, po czym spoważniał i z prawdziwym entuzjazmem spytał - O to wspaniale! Słuchaj, a gdzie to kupiłeś?
Julian oparł się o ladę przybliżając głowę do Wiktora i pół głosem powiedział - Wiesz, znalazłem go w takim sklepie nie daleko stąd, na Ceramicznej. Powiedz, że jesteś od Juliana to Ci takie cacko sprzeda za tyle samo co mi. - Julian porozumiewawczo mrugnął do kumpla, okazując jednego z kłów.
- O to wspaniale, dzięki! chętnie coś takiego sobie zamontuje w kiblu!
Nikt z nich nie zauważył, że przez długą chwilę stał niedaleko nich ich szef. Komendant Stanisław. Oparty był lekko o ścianę i postanowił przerwać miłą rozmowę, dwóch podwładnych.
- Ekhmm! - Komendant głośno krząknął i sympatycznie się uśmiechnął do podwładnych, Ci natomiast oprzytomnieli i stanęli na baczność salutując starszemu stopniem.
- Spocznij, Panowie. Widzę, że nawiązała się miła rozmowa o sedesach. Nic dziwnego, w końcu dobry sedes to skarb. Tak samo jak dobry materac do łóżka. Ale teraz proszę udać się do swojej pracy. Bo poprzednia zmiana już wyszła a teraz wy musicie przejąć pałeczkę! Ja teraz udaję się do domu. Jak by co to dzwonić na służbowy, telefon! Tym czasem! - Komendant podszedł do nich podał rękę, żegnając się w ten sposób! prędko udał się do swojego prywatnego Nissana, który narodziny świętował wiele lat temu. Przełożony Wiktora znany był ze swojej doskonałej jazdy, kiedyś nawet wygrał wyścigi zorganizowane wśród policjantów przez Komendę Główną Policji. Po chwili obserwowania komendanta, mężczyźni kiwnęli do siebie głowami i rozeszli się w swoją stronę. Wiktor ruszył nie śpiesznym krokiem, do swojego gabinetu. Pozostałe pomieszczenia, nie widoczne dla petentów nie zostały wyremontowane. Ściany były odrapane i przypominały bardziej piwnicę niż 3 piętro budynku. Tak bardzo korytarz przypominał Wiktorowi o poprzednim ustroju.
Wiktor stojąc przy drzwiach do swojego gabinetu wyjął klucz z kieszeni i otworzył go delikatnym ruchem. Pomieszczenie służbowe Wiktora było bardziej przytulne, w środku było kilka doniczek z jakimiś kwiatkami, parę plakatów i mebli. Był to typowy wystrój dla gabinetów zlokalizowanych w powiatowych komisariatach, za wyjątkiem ładnych kwiatów.
Witek miał zwyczaj przebierania się w mundur w swoim gabinecie, podszedł leniwym krokiem do szafy i wyjął z niej swój standardowy mundur. Włożył w oka mgnieniu, ponieważ oczekiwał Karola, z którym miał dzisiaj pełnić służbę na mieście . Patrole dla Witka były bardzo interesujące, lubił mieć styczność z bandytami i dawać im popalić od czasu do czasu.
- Ciekaw jestem co dzisiaj się wydarzy? kradzież? gwałt? morderstwo? czy po prostu głośni dresiarze rozwalający kosz? - zadumał się na głos Wiktor, stojący już przebrany w wyprasowany granatowy mundur, który jaśniał pięknym odcieniem bieli w przyszytych paskach do boku. Powoli z niezwykłą precyzją nałożył na głowę policyjną czapkę, strzepnął paprochy z ramienia i przejrzał się w lustrze wiszącym koło szafy zrobionej z litewskiej sklejki odcieniu kory buku.
- No, no. Kawał przystojnego gliny! - zażartował sam do siebie. Było już późno, za oknem rozjaśniały niebieskim światłem okoliczne latarnie. Sam Wiktor nie znosił tego typu rodzaju światła. Twierdził, "że niby świeci a i tak nic nie widać". Wiktor po chwili zadumy podszedł do biurka i włączył swój stary zdezelowany komputer. Ten wydał z siebie nie ludzkie jęki, po czym uruchomił się. Na monitorze LCD, kupionym za unijne pieniądze pojawiła się ikonka systemu operacyjnego, który pamiętał już lata dinozaurów. Wiktor usiadł do niego i przyglądał się migającym ikonką na pulpicie. Po czym otworzył wewnętrzny system informacyjny. Wpisał login i hasło po czym zalogował się do systemu. Przeglądał go dłuższą chwilę, po czym odnalazł dziwny komunikat, który brzmiał następująco: " Pilne z MON, "Zaobserwowano tajemniczą aktywność lotniczą nad krajem. Nie udało się nawiązać kontaktu. W razie konieczności zgłaszać każdą podejrzaną sprawę." Wiadomość datowana była na kilka minut wcześniej, także nikt nie zdołał jej jeszcze przeczytać. Po chwili jednak w kieszeni Wiktora zawibrował jego telefon i zabrzmiał ton muzyki z jednego z Rosyjskich filmów. Wiktor szybko wyciągnął telefon i przycisnął starty zielony guzik.
- Wiktor, słucham?
- Witam, Wiktorze - po głosie Wiktor poznał, że był to jego kumpel z dawnych lat, z którym służył w jednostce specjalnej. Obecnie pracujący w polskiej wersji CIA czy KGB albo nawet GRU.
- Cześć, Olgierd! Co tam? - Witek wyraźnie się ucieszył, że stary kumpel po latach się do niego odezwał.
- Słuchaj, no! Witek jest sprawa! - Głos Olka dziwnie drżał i wydawał się trochę nerwowy, co wytrąciło Wiktora z równowagi, przecież w Kosowie był tym z "najtwardszych", przypominał sobie.
- Olek co się dzieje? - spytał w końcu, poznając powagę sytuacji.
- Spotkajmy się jutro o ósmej w tej kawiarni na Bolesława Prusa. Przyjadę do Ciebie i pogadamy!
- Nie możesz przez telefon?
- Nie! Jutro bądź w umówionym miejscu, wtedy pogadamy! Do zobaczenia!

niedziela, 20 listopada 2011

Dmitrij bardziej on-line

Znalazłem w sieci filmik, na którym Dmitrij opowiada o swojej najnowszej książce. Serdecznie zapraszamy do obejrzenia tego krótkiego wywiadu.



copyright: Doombek

Brzask odc. 2

Prezentuję wam kolejną część mojej nowej powieści "Brzask". Życzę miłej lektury. Fragment również do znalezienia na stronie http://post-apo.pl


Bunkier nr 44 zlokalizowany był w centralnej części kompleksu A, w pobliżu części rządowej i krótko mówiąc, części VIP, gdzie znajdowały się wszelkie wygody, podobno nawet znaleźć tam można było centra handlowe jak z bajki, które na wysokich białych sufitach miały okna, skrywające jednak za szkłem wielkie ekrany o-led wyświetlające w kółko projekcje nieba rozpoczynając od pięknej bezchmurnej aury po deszczową i groźną pogodę, która dodatkowo była potęgowana przez sztuczne nawadnianie okien i stosowne błyski i grzmoty. W wydrążonych tunelach stylizowanych na park rosły przepiękne platany, brzozy i posadzone w rzędach dzikie róże. Światło słoneczne pochodziło ze specjalnej lampy, której światło do złudzenia przypominało słońce, ponadto tworzono holograficzną projekcję, która imitowała niebo. Holografy to była dopiero nowość, wielokrotnie się psuły, jednakże od czasu do czasu można było się poczuć jak w prawdziwym parku, wrażenia potęgowały wykopane stawy, które regularnie były zarybiane. Tuż obok części cywilnych rozpościerały się na wiele pięter bazy wojskowe. W kompleksie A stacjonowały tylko i wyłącznie elitarne jednostki, mające za sobą wiele lat doświadczenia, walki wewnętrznej jak i podczas ekspedycji na powierzchnie. W tym wszystkim odnalazł się Sikorski.
- Starszy chorąży, Sikorski, zgłosi się do dyżurki w hali B!, starszy chorąży, Sikroski zgłosi się do dyżurki w hali B. - Miły kobiecy głos oznajmił dwa razy wiadomość przez system powiadamiania. W hali pełno było żołnierzy, kręcących się wokół pojazdów pancernych, które non-stop były unowocześniane i modernizowane, stare pojazdy dawno poszły na złom bądź do muzeum, oprócz paru sztuk rosomaków, które ze względu na swoją niezawodność były utrzymywane przy życiu i modernizowane od setek lat.  Starszy chorąży Sikorski siedział przy swoich kompanach, grał w holograficzną wersję kart. Karty były holograficzne, ponieważ papier był za drogi i mogły sobie na niego pozwolić tylko najwyższe instancje.
- Panie chorąży, wołają pana do dyżurki - odezwał się Janek, jeden ze świeżych żołnierzy, który został tutaj przydzielony ze względu na swoje koneksje. Prawdopodobnie był synalkiem któregoś z posłów.
- Wiem, sierżancie. Niech to! A już z wami wygrywałem. Dobrze rozegramy to później, a teraz do swoich zadań rozejść się.
- Tak jest! 
Żołnierze posłusznie wstali i pomaszerowali w kierunku kilku wozów i zbrojowni. Chorąży Sikorski wstał i udał się w kierunku dyżurki w hali B, która była bardzo daleko, od punktu, w którym się znajdował. Hala B była ogromna, wydrążona w ziemi tworzyła obszar o długości co najmniej dwóch stadionów piłkarskich i osiągała wysokość czteropiętrowego budynku. Wszędzie w równych rzędach stały maszyny wojskowe, w tym czołgi, BMP, samochody transportowe. W hali B panował ściśle uporządkowany system pracy jak w pszczelim ulu. Nawet hałas nie był duży. Wszędzie było widać pracę, pracę i jeszcze raz pracę, ludzie czasami tylko przystawali i jedli drugie śniadania. Sikorski przechodząc niemal non-stop musiał trzymać rękę w geście salutowania, ponieważ większość żołnierzy była niższa od niego stopniem i musiał im odpowiadać na honory.
- Cześć, stary druhu! Słyszałem, że Cię wołają do dyżurki! - Sikorski od razu poznał kumpla z kontrwywiadu, który pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach w jego życiu, raz nawet gdy był w barze ze striptizem spotkał w przebieralni swojego kumpla Ryżego.
- A co ty tu robisz? Nie wiedziałem, że macie prawo włazić do hangarów wojsk lądowych. Wyraźnie podrapał się w krótko przystrzyżoną blond głowę.
- No wiesz?! A komu jak nie nam wolno wszędzie łazić, no proszę cię! Ha ha! - mężczyzna wybuchł gremialnym śmiechem, aż kilku oficerów z niesmakiem obejrzało się za jegomościem w jasnoniebieskich jeansowych spodniach i skórzanej kurtce.
- Zachowuj się, nie rób wstydu, to poważa jednostka a nie te twoje zabawy jak w GRU. Coś się stało, że przyszedłeś, tak a propos?
- Będziemy współpracować w najbliższej misji, zresztą sam się o ciebie starałem, wiesz z kolegą zawsze milej i sympatyczniej, co nie?  Zresztą zadanie będzie dość trudne i potrzebujemy w razie czego wsparcia ogniowego. Szczegóły będą w dyżurce, czeka tam na nas mój i twój szef.
Dyżurka była sporym budynkiem, postawionym tuż pod sklepieniem skalnym tak, że ściany budynku wydawały się podpierać skalny strop. Nie było to nic widowiskowego, ale zawsze tam można było się ogrzać, czy zjeść obiad w kantynie oficerskiej, która słynęła z gołąbków pani Hani. Pomieszczenia oficerskie znajdowały się na samej górze tuż pod sklepieniem skalnym. Ciekawostką było to, że sufit tam faktycznie tworzyła skalna powierzchnia. Sikorski i Ryży szybko minęli wszystkie miejsca, gdzie trzeba było  okazać przepustki. W ostatnim pomieszczeniu siedziała piękna brunetka, która na widok mężczyzn szybko się podniosła za swojego dębowego biurka i podbiegła w lot jaskółki.
- Panowie, panowie, witam! - Brunetka uroczo się uśmiechnęła ukazując piękne perłowe zęby i iskrę w oku. Zapraszam, spotkanie już się rozpoczęło w sali konferencyjnej. Proszę za mną. - Kobieta poprowadziła ich przez ciasny korytarz, który był przyozdobiony katolickim krzyżem i obrazami przedstawiającymi różne scenerie, począwszy od panoramy Warszawy kończąc na obrazie przedstawiającym żubra w puszczy Białowieskiej. Na końcu ciasnego korytarza stało dwóch uzbrojonych po zęby wartowników z opaskami na ramieniu świadczącymi o ich przynależności do ŻW. Jeden z nich widząc brunetkę i mężczyzn przyłożył oko do jednej z płytek fotosonicznych przy drzwiach powodujących ich otwarcie.  W środku pomieszczenia siedziało już kilku żołnierzy a dowódca Ryżego wyświetlał jakieś slajdy - Panowie, wchodzą. Przepraszam, ale muszę już iść. Do widzenia! - Kobieta obróciła się na długim obcasie i równym krokiem wróciła do siebie.
- Widzę, że przyszły zagubione owieczki. Siadajcie i posłuchajcie, - zwrócił się do nich szef Ryżego, który akurat przemawiał. - No dobra to jeszcze raz. Mamy poważną sytuację w sektorach H i F, którą jak dobrze wiecie zajmują mniejszości etniczne i narodowe. Dobrze wiemy o gromadzącej się tam nielegalnie żywności i co gorsza broni. Podejrzewamy, że Rosjanie coś kręcą na boku z Chińczykami. To jeszcze nic od tego jest Policja Międzysektorowa. Nasze obawy budzą działania podejmowane przez Nikolaja Aleksiejewicza Barysznikowa w sektorach granicznych, podejrzewamy,  że zajmują się oni produkcją meskaliny w podziemnych halach serwisowych. Waszym zadaniem będzie przeniknięcie w tą grupę przestępczą i obserwacja. Jeszcze dziś pojedziecie tam i zgłosicie się do pana Wonga w chińskiej knajpie przy Arbacie o godzinie 19. Panie majorze, pana kolej.
- Dziękuje. Teraz przejdziemy do bardziej praktycznych aspektów waszej misji. Dostaniecie pojazd klasyczny, nie rzucający się w oczy, ten oto model Wisły 150. - Dowódca Sikorskiego wyświetlił slajd prezentujący konkretny model samochodu, który był napędzany poprzez sprężone powietrze.  Podjedziecie pod knajpę i skontaktujecie się z Wongiem. Na miejscu zapytacie faceta siedzącego samotnie przy stole i czytającego ich gazetę Pekin News o to, czy kiedyś jadł kaczkę po pekińsku. To jest hasło, a odpowiedź brzmi: "nie, ale moim ulubionym daniem jest kaczka po seczuańsku".  Później będziecie nam wysyłać sprawozdania poprzez to oto urządzenie. - Major wyjął stary zegarek, który nie miał w sobie nic z tych nowoczesnych holo-timów. - To stary sprzęt, ale posiadający wbudowany port audio i zakodowany transmiter. Pamiętajcie, że trzeba być w zasięgu sieci intertel. Bo inaczej nie pójdzie. Do zadania przydzielam wam chorążego Mitrova.  Poznajcie się: to Chorąży Mitrov a to Starszy Chorąży Sikorski i agent Raszewski.
- Witam, miło mi.
-  Nam również -  chóralnie odezwali się mężczyźni.
- Fajnie, żeście się poznali. Chorąży Mitrov jest naszą wtyczką w środowisku rosyjskim, pochodzi stamtąd i ma koneksje. Słuchajcie no, nie możecie tego spierdolić!  To ważna misja. Zrozumiano?!
- Tak jest! - Wszyscy mężczyźni wstali i zasalutowali.
- To jesteście wolni. O 15 zgłosić się po wóz! 

C.D.N

Copyright: Damian Korzeb

piątek, 18 listopada 2011

Nawiązaliśmy współpracę z witryną www.post-apo.pl

Od dnia dzisiejszego nawiązaliśmy współpracę z witryną www.post-apo.pl. Jest to strona zawierająca liczne opowiadania, które ponadto są na bieżąco zmieniane w formę audio! Znajdziecie tam również nasze opowiadania. Poza tym jest tam bardzo ciekawe forum, na którym można znaleźć nas i naszego przyjaciela Sakwana! Serdecznie zapraszamy http://post-apo.pl

Spotkanie z Dmitrijem, autorem m.in. Metra 2033.

Wczoraj (17.11.2011r.) byliśmy na spotkaniu z Dimitrijem Głuchowskim. Na spotkaniu promował swoją najnowszą książkę "Czas Zmierzchu", oczywiście żartując, że to nie to samo co dobrze nam znana saga "Zmierzch", promował również "Pitera" pierwszą powieść z serii "Metro Uniwersum". Jesteśmy w trakcie lektury obu książek. Po ich przeczytaniu podzielimy się z wami krótką recenzją. Po wstępnie nadszedł czas na pytania od publiczności. My osobiście zadaliśmy pytanie dotyczące istnienia Szmaragdowego Grodu. Jak się spodziewaliśmy, Dmitrij udzielił nam wymijającej odpowiedzi, że to jedna z romantycznych legend metra. Ciekawostką okazało się pytanie o datę w tytule. Dmitrij powiedział, że jest to data 2000 lat po ukrzyżowaniu Chrystusa i że sama cyfra jest fajna ;). Później nastąpił moment podpisów książek. I oto prezentujemy wam fotorelację z tego wydarzenia:

1. Zdjęcie tablicy, na której widnieje data spotkania.
 2. Książeczki :)

3. Dmitrij opowiada o swoich książkach i o książce Szymuna Wroczka. Ciekawostką jest to, że na półkach obok Dmitrija było Metro2033, Czas Zmierzchu, lecz zabrakło Metra 2034 i Pitera, na drugi brak autor się poskarżył i poprosił o przyniesienie książek, ale wiecie... nie przynieśli. 
 4. Radosny Dmitrij przyznał się, że bywa częściej na promocji swoich książek w Warszawie niż w Moskwie. (Po prawej tłumacz)
5. Dmitrij słucha pytań od czytelników poprzez Panią tłumacz, poza tym bawił się mikrofonem turlając go po stole ;)
 6. A to my, twórcy bloga post-apo-2012 z Dmitrijem. Trochę z tym zdjęciem było nieporozumień, myślał, że już było zrobione i to było drugie podejście... Ale cóż, takie rzeczy się zdarzają ;)
 Zdjęcia 7 i 8 to autografy od Dmitrija na naszych książkach :). (Na "Metrze 2033" widać poprawiony napis 2033 przez Dmitrija, który chyba dobrze sobie zdawał sprawę z tego, że wydawca popełnił gafę z taką farbą, stwierdzając, że jednak wygląda to bardzo post apo :).





Brzask odc.1

Witajcie Kochani! Rozpocząłem prace nad nową powieścią, które swoim tematem nawiązuje do klimatów jak najbardziej post-apokaliptycznych! Jednakże z innego punktu widzenia niż do tej pory.Porównania do metra 2033 jakie poczynicie do tej pory są błędne ;) (nie powiem nic więcej ;-)). Serdecznie zapraszam do lektury. Damian,


Sikorski był zwykłym chłopakiem z normalnej rodziny. Matka była pielęgniarką, ojciec zaś inżynierem od silników wysokoprężnych. Pracował w jednostce wojskowej i naprawiał zajechane stare silniki różnych pojazdów opancerzonych w tym starych Rosomaków. Zawody proste i niewymagające specjalnych umiejętności, gorzej mieli Ci od reaktorów atomowych bądź żołnierze, Ci mieli naprawdę kawałek ciężkiej pracy do zrobienia, mało tego, że ryzykowali swoim życiem to jeszcze wiecznie cierpieli na kiepskie zaopatrzenie. Najlepiej miał bunkier rządowy, tam gdzie siedział prezydent wszystkiego było aż nadto, w tym: takie towary jak ananasy, kawa a nawet tytoń z fitotronicznych upraw. Dostęp do bunkra rządowego był skrajnie utrudniany, co prawda mieszkało tam sporo osób, ale były to tylko rodziny posłów, senatorów i innych ważnych osobistości. Łącznie według oficjalnych danych było ich tam około 5 tysięcy. Cały kompleks ukryty był głęboko pod ziemią stolicy kraju w twardych pokładach skalnych. Sprawa tych bunkrów zawsze ciekawiła Sikorskiego, wiedział z historii, że istnienie tych obiektów było ściśle tajne i przed wojną o tych obiektach wiedziała garstka ludzi a wyjścia na powierzchnie ukryty były w tunelach metra bądź po prostu, jako jakieś tajemnicze bramy na fasadach rządowych budynków. Wiedział także, komu zawdzięczają to, że wiele normalnych ludzi mogło tam zejść, tuż przed atakiem, był to Radosław Ignasiewicz, to on ogłosił w telewizji i radio, że ma nastąpić atak jądrowy i gdzie można szukać schronienia, wymienionych zostało wiele obiektów w tym ogromny kompleks bunkrów zbudowany pod całym terytorium Warszawy, który mógł pomieścić aż milion ludzi. Było to przedsięwzięcie na skale światową, bardziej kosztowne niż Onkalo. Państwo zdecydowało się to zbudować za pieniądze pochodzące z gazów łupkowych i handlu emisjami, Co2. Budowa podziemnego kompleksu ciągnęła się latami, sprowadzono tam rzeszę górników ze śląska, inżynierów z polskich politechnik, wmawiano im, że budują system podziemnej kolejki wielopoziomowej, takiej zmodernizowanej wersji metra. Była to po części prawda na górnych poziomach zrobiono metro, które w czasach pokoju normalnie funkcjonowało. Bunkry zaopatrzono w wiele nowoczesnych urządzeń w tym klimatyzacje, kable światłowodowe, odwadniarki i inne cywilne rzeczy, nie wspominając o wielopoziomowych magazynach i parkingach, gdzie ulokowano potężną armia. To prawda towarzysz Sikorskiego z lat młodzieńczych służył w kontrwywiadzie i opowiadał mu o tym ilu ludzi zginęło przy budowie tych tajnych obiektów i to wcale nie chodzi o ofiary tąpnięć bądź przygniecenia przez ciężki sprzęt, tutaj zaczynała się czarna strona budowy. Tyle razy ile w gazecie było napisane o zarwaniu się windy czy groźnym wypadku samochodowym, w którym ginął jakiś inżynier bądź górnik, wiadomo było, że ktoś mu w tym pomógł w celu powstrzymania wypływowi informacji o budowie. W całym kraju zresztą powstawały bunkry przeciw atomowe, lecz Warszawskie Onkalo miało za zadanie przetrwanie rasy ludzkiej, a szczególnie narodu polskiego. Bunkry w kraju połączone były specjalnym systemem podziemnych kabli, które poprowadzone były głęboko pod nowymi autostradami i torami kolejowymi. W końcu, kto tam znajdzie kabel zagrzebany pod drogą. Ten system teleinformatyczny miał zapewnić łączność z regionami i stabilizację na terenie kraju.
                Życie przed wojną było dość spokojne, konflikty wewnętrzne unii stabilizowały się, jednakże w wyniku reform, państwa odzyskały znaczą część swojej suwerenności a Unia pozostała luźnym układem państw współpracujących, strefa euro została zniesiona na rzecz państwowych systemów monetarnych, gdzie pieniądze były oparte na parytecie złota. Jednakże pojawił się jeden konflikt. Zalew ogromnej masy ludności chińskiej na terytorium Niemiec. Niemcy wspominając wygonienie Turków z ich terytorium nie mogli sobie pozwolić na ponowną kolonizację, dlatego wyrzucali każdego chińczyka ze swojego terytorium, czy to był naukowiec czy nielegalny imigrant, każdy był deportowany. Co w bardzo negatywny sposób wpływało na stosunki między Berlinem a Pekinem. Ponieważ większość nielegalnych imigrantów przekraczało granicę z Niemcami poprzez ziemie Polskie, także rząd Polski otrzymywał liczne upomnienia o uszczelnienie granic. Polski prezydent jednak nie chciał o tym słyszeć, w swoich oficjalnych wypowiedziach wskazywał na fakt podpisania traktatu z Schengen, ponadto wskazując, że to sprawa Polski, kogo przyjmuje pod swój dach i komu pozwala przez ten kraj przejść. Sikorski nieraz cytował w patowych sytuacjach słynny cytat byłego prezydenta „Pani Shmit nie macie prawa nam mówić, co mamy robić, jesteśmy wolnym krajem i takim zostaniemy, nawet, jeżeli mielibyśmy z wali walczyć, poza tym Chińczycy to dobrzy ludzi, bardzo pracowici i mili a jak wy nie chcecie ich u siebie to uszczelnijcie swoją granicę i ich nie wpuszczajcie”. Był to istny afront dla strony niemieckiej, co spowodowało zerwanie postanowień traktatu z Schengen i izolacji Niemiec, który w panice przed napływem imigrantów zaczęli odcinać się od świata jak KRLD. Wojna między Niemcami a Chinami wraz z sojusznikiem KRLD, rozpoczęła się 1 września 2039r. Co dla Polaków było wielkim zaskoczeniem i w wielu gazetach pisano, Niemcy rozpoczęli trzecią wojnę światową sto lat po drugiej wojnie światowej. Rozpoczęcie wojny datuje się na dzień wysadzenia przez Niemców jednego z chińskich statków przepływających przez wody terytorialne Niemiec w kierunku Danii. Chińczycy w odwecie wysadzili kilka instalacji petrochemicznych na bliskim wschodzie, które należały do niemieckiego potentata Hansa Millera. Na początku wojny poszły w obrót standardowe wojska, które przeszły między innymi przez terytorium Polski i Rosji. Jednakże ze względu na dobre stosunki między oboma państwami oraz sentyment Chińczyków, którzy dziękowali Polakom za dobre traktowanie nie doszło do walk na terenie RP. Chińczycy obiecali, że nie będą mieszać do tego Polski i dadzą nam święty spokój. I tak faktycznie się stało. Polacy spali spokojnie aż do pewnego dnia. Niemcy w ataku furii wystrzelili swoje tajne rakiety jądrowe i w ten sposób rozpoczęli przemianę świata, który był. I tutaj zaczyna się opowieść o kapralu Sikorskim, członkiem zwiadowczego pułku strzelców z bunkra nr. 44.

copyright: Damian Korzeb.