piątek, 13 stycznia 2012

All you need is blood

Witam!
Opowiadanie pt. "All you need is blood" brało udział w konkursie "Polskie postapo" organizowanym przez Trzynasty Schron. Konkursowe zadanie polegało na napisaniu opowiadania utrzymanego w konwencji postapo, którego akcja związana była z Polską. Zapraszam do lektury!

UWAGA! Ze względu na wulgarne słownictwo i makabryczne sceny proszę osoby wrażliwe o poważne zastanowienie się nad przeczytaniem tego opowiadania.



ALL YOU NEED IS BLOOD


Machnąłem ręką na dziwną istotę. Nic innego mi nie pozostało. Słońce raziło niemiłosiernie w oczy, nie pozwalając zbyt wysoko podnieść głowy. Syknąłem z bólu i złości. Przeciwnik zdawał się być coraz bardziej rozjuszony. Podniósł głowę wyżej i wypuścił z siebie powietrze z dźwiękiem przyprawiającym o dreszcze. Postawił chwiejny, ale pewny krok przed siebie i stanął przede mną w całej swojej paskudnej okazałości.
            Pięknie będzie bezimiennie umrzeć rozszarpanym przez jakąś pokrakę, pomyślałem ironicznie.
            Nie pozostało mi właściwie nic innego, jak pogodzić się ze swoim losem. Niedbale rzuciłem wystrzelanego uzi i podniosłem ręce. Chciałem w tym ostatnich chwilach wyglądać na kogoś, kto przyjmuje śmiertelny cios z godnością i bez strachu. Tak naprawdę w głębi siebie strasznie się cykałem i o mało nie narobiłem w gacie, ale najważniejsze jest wrażenie, jakie się robi przed innymi. To, co myślisz, pozostaje dla ciebie, bo inni mają to w dupie.
            Nawet jeśli tym innym jest obleśny dwunożny stwór, który patrzy na ciebie łakomie wielkimi jak denka od butelek oczami i dyszy jak miech. Postąpił kolejny krok i znalazł się jeszcze bliżej mnie.
            -Spierdalaj! – nie wytrzymałem tej cholernej presji. Odskoczyłem kilka kroków do tyłu i stanąłem jak wryty.
            Potwór zdjął maskę z twarzy i okazał się być takim samym stworzeniem jak ja.
            -Ja pierdolę, koleś, prawie żeś mnie rozjebał tą swoją zabaweczką – podniósł z niesmakiem mojego uzi. – Ty się hamuj na przyszłość. I najpierw pytaj, a później strzelaj.
            Mimo wszystko ta wypowiedź tak mnie uradowała, że zszokowany skoczyłem do swojego niedawnego rywala i chciałem go uściskać.
            -Łapy przy sobie, pedale – warknął facet. Zdjął swoją kamizelkę kuloodporną i zaczął oglądać jej zniszczenia.
            -Zajebiście – mruknął, pokazując mi dziury – a była nowa, ledwo co ukradziona.
            -Czemu się do mnie skradałeś? – zapytałem, gdy nieco ochłonąłem po pierwszym wrażeniu.
            -Chuj wie, co się kręci w tych ruinach – mój rozmówca wskazał mi głową zniszczone potężną falą uderzeniową budynki. Rozejrzałem się. Oj tak, kiedyś to było piękne miasto, ale kiedy zadarliśmy z Chińczykami, obróciło się w proch i pył razem z resztą kraju. Zawsze podziwiałem to, jak człowiek potrafi pięknie wykorzystać najnowsze osiągnięcia nauki do rozjebania komuś sielanki. – Zabijamy „obcych”.
            -„Obcych”? Przyjezdnych? – nie zrozumiałem. Do tej pory kryłem się w ruinach przed całym światem w obawie przed następnymi dniami i stworami, jakie one rodziły, więc dużo mogło mnie ominąć.
            -Taaa… - zaśmiał się pod nosem facet. – „obcy” to całe to kurewstwo, jakie wyłazi z dziur. Chcemy oczyścić miasto z tego ścierwa. A skoro się tu skądś wyklułeś, to chodź ze mną. Chyba, że chcesz tu umrzeć albo wolisz, żeby coś cię wpierdoliło na śniadanie. – Bez pytania założył maskę, zabrał się i zaczął gdzieś iść.
            -Poczekaj! – dogoniłem go. – Skąd wiedziałeś, że jestem jednym z was? Przecież niektóre mutanty bardzo przypominają ludzi.
            -Z daleka było to widać. Chciałem się upewnić i podszedłem bliżej, ale zacząłeś mnie napierdalać z tej swojej zabaweczki. Teraz wiem, że nie jesteś żadnym mutantem. Ale nie jesteś też już człowiekiem.
            Ostatnie stwierdzenie zatrzymało mnie w miejscu tak gwałtownie, że pod moimi stopami prawie pofałdował się  asfalt.
            -Co to znaczy, że nie jestem człowiekiem? Mówię, myślę, chodzę na dwóch nogach… jak człowiek! Urodziłem się jako człowiek! – to, co powiedział mi ten facet zupełnie zbiło mnie z tropu.
            -Ludzie to akurat nasz największy wróg – podniósł maskę i splunął. – Też nas zabijają.
            -Czy chodzi tu o walkę klanów? Walkę o wpływy w mieście?
            -Koleś, jaki ty jesteś niedorobiony – zaśmiał się facet, a ja poczułem, że zaczyna mnie wkurwiać. – Możesz to tak nazywać, jeśli chcesz. Ale tu chodzi o cos więcej. – zmienił ton. Zatrzymał się. Chwycił mnie za szmaty i przyciągnął do swojej mordy. Odsunął maskę i szepnął mi śmierdzącym chyba gównem oddechem w twarz z największą konspiracją:
            -Walczymy z ludźmi o stworzenie nowej cywilizacji na ruinach poprzedniej. Teraz to będzie nasz czas. Ludzie przegrają z nami. Zobaczysz. – Puścił mnie, tak że prawie się wyjebałem.
            -Ale powiedz mi, kim jestem? Chyba czegoś nie wiem? – nie dawałem za wygraną, krzycząc mu w plecy.
            Stanął. Kiedy się odwracał, wyglądał jeszcze bardziej przerażająco niż wtedy, gdy wydawało mi się, że atakuje.
            -Jesteś wampirem – powiedział, a jego oczy zabłysnęły czerwienią na tę chwilę.
            Poczułem, że grunt odsuwa mi się spod nóg, niebo staje się nieskończenie wysokie, a ziemia przybliża się z prędkością światłą do mojej twarzy.
            -O kurwa… - zdążyłem wyszeptać, zanim ostatecznie straciłem przytomność.
            -Heeeeej! – obudził mnie krzyk tuż nad twarzą. Opryskało mnie kilka kropel śliny. A potem z błogiego omdlenia wyrwała mnie ciepła ciecz, która wpłynęła do wszystkich możliwych otworów w twarzy. Krzyknąłem, podrywając się gwałtownie do pionu. Wytarłem twarz, krztusząc się słodkawym płynem. Spojrzałem na dłonie i zamarłem.
            -Kurwa, co to? Krew?
            -W rzeczy samej – uśmiechnął się mój rozmówca, którego jeszcze jakieś pół godziny temu uznałem za mutanta. – Rozwaliłem kiciusia w ruinach. – Pokazał mi zmaltretowane, krwawiące truchło, z którego zwisały zmasakrowane flaki.
            Poczułem na ten widok gorzki smak na końcu gardła i rzygnąłem sobie od serca, pozbywając się zdobytego z trudem śniadania.
            -Spoko, każdemu może się zdarzyć – uśmiechnął się przepraszająco mój towarzysz. – Przywykniesz.
            -Chyba cię pojebało… - warknąłem ze złością.
            -Coś ty taki wkurwiony? Przecież nikt nie rozjebał ci nowej kamizelki kuloodpornej!
            -A gdzie my w ogóle jesteśmy? – zapytałem, pocierając obolałą potylicę.
            -Jak to gdzie? W miejscu, w którym cię ścięło z nóg! Myślałeś, że obudzisz się w nowym miejscu, do którego cię przeniosę? Minuta odpoczynku wystarczy, a ty miałeś jeszcze lepiej, bo spałeś, a ja polowałem. Zwijajmy się stąd, zanim zmienimy się w gówno w czyimś układzie pokarmowym.
            No więc poszliśmy. Facet najpierw rozkręcił się i napierdalał jak kumoszka na targu, ale później coś mu się przypomniało, założył maskę i już nie gadał, oddychając przez filtry. To, co mi mówił, było nieskładną opowieścią o żyjącej w ukryciu rasie wampirów, walczących z ludźmi o wpływy. Podobno świat po wojnie odbudowałby się szybciej, gdyby nie uliczne wojny o panowanie nad światem, prowadzone między ludźmi a wampirami, których pochodzenia jednak koleś mi nie wyjaśnił.
            Mówił, jak wiele mitów narosło wokół wampirów. Na przykład bajeczki o tym, że zabija je światło dnia, czego sam był dowodem. Opowiadał o jakimś podziemnym legowisku, raju dla takich jak my. Nie powiedział jednak, po czym poznał, że jestem wampirem. I co się stanie, gdy okaże się, że jednak nie jestem jednym z nich. Ale też o to nie pytałem. Byłem ciekawy nowego towarzystwa, jako że nie widziałem praktycznie żadnej normalnej istoty dwunożnej, która nie była pokryta śluzem lub włosem od ho, ho.
            Szliśmy tak długo, że odechciało mi się oglądać jednostajne widoki dookoła, zresztą szedł przede mną uzbrojony facet, który znał te okolice lepiej niż ja. Szliśmy już bardzo długo, cały czas osowiale wpatrywałem się pod swoje nogi, depcząc gruz i odciskając w pyle nietrwałe ślady mojej obecności, które rozwieją się przy następnym deszczu lub trąbie powietrznej. Taki beznadziejny ślad dla przyszłych pokoleń, których nie będzie.
            Byłem już bardzo osłabiony, nogi się pode mną uginały, ciężko oddychałem, a ślina stała się gęsta jak kisiel, którego w dzieciństwie za chuja nie mogłem polubić. Czułem już mimowolne drżenie mięśni, gdy zatrzymałem się i powiedziałem w stronę pleców swojego przewodnika:
            -Chłopie… jestem zajebiście spragniony. Użycz mi z łaski swojej kilka kropel jakiegokolwiek napoju.
            Odwrócił się z wyrazem ironii na twarzy i dotykając swojego rozporka zapytał:
            -Może być mocz?
            -Spierdalaj – burknąłem, spoglądając na niego spod byka. Znów spuściłem wzrok, gdy nagle oberwałem w głowę jakimś ciężkim przedmiotem, który nabił mi bolesnego siniaka.
            -O, aż słychać, że masz pusty łeb – skomentował mój nowo poznany znajomy, słysząc metaliczny dźwięk towarzyszący uderzeniu termosu w moją skroń.
            Odkręciłem korek. Podniosłem naczynie do góry i pozwoliłem zbawczemu płynowi spływać do moich ust… dopóki nie zatrzymałem go nadymając policzki i nie przytrzymałem chwilę, zastanawiając się, czy przełknąć czy nie. Termos był pełen ciepłej, pachnącej rdzą krwi, pewnie z tego sierściucha zabitego parę godzin temu.
            -Co, chłopaczku – zaśmiał się mój towarzysz – boisz się produktu odzwierzęcego niezbadanego przez Sanepid?
            Ten idiota traktował mnie jak rozkapryszoną dziewczynkę, która boi się wszystkiego. Nabierając w sobie odwagi zebrałem wszystkie możliwe siły, żeby pokazać, że niestraszne mi nowe doświadczenia. Nawet te kulinarne. Przełknąłem napój i natychmiast wziąłem kilka bardzo głębokich wdechów. Przewodnik bardzo ciekawie mi się przyglądał.
            -I co? – zapytał pełen niepokoju, widząc moje szeroko otwarte oczy na bladej twarzy.
            -Więcej… - szepnąłem i zasmakowawszy w sycącym szkarłacie krwi wypiłem chyba połowę termosu.
            Teraz już wiedziałem, że jestem wampirem.
            Dotarliśmy do pewnego niewyróżniającego się niczym szczególnym na pierwszy rzut oka od otoczenia miejsca, w którym to jednak mój przewodnik padł na kolana i zaczął zbierać kawałki cegieł leżące na zniszczonej powierzchni, będącej za czasów świetności tego miasta asfaltową trasą. Zdziwiło mnie to zachowanie, jednak mu nie przerywałem.
            Gdy facet zebrał już pewną ilość odłamków, podszedł do kilku wystających z podłoża krótkich rurek i zaczął do nich wrzucać to co zebrał w pewnym niezrozumiałym dla mnie porządku. Gdy skończył, odczekaliśmy krótką chwilę, gdy nagle otworzył się właz kanału i wychynął z niego jakiś bacznie przyglądający się nam człowiek, wysypujący z rąk wrzucone przez mojego kompana kawałki cegieł.
            Przewodnik podszedł do niego i gdy natknął się na morderczy wzrok tamtego, stojącego mu na drodze do wnętrza kanału, zerknął tylko w moją stronę i rzucił:
            -On jest ze mną. No co? Jeden z naszych.
            Słowa te wystarczająco przekonały strażnika, który zszedł w głąb pionowego tunelu użyczając nam miejsca. Gdy już zeszliśmy na sam dół, strażnik z powrotem wspiął się po drabince i zamknął za nami ciężkie wrota, przekręcając wielki mechanizm.
            Stojąc na dole w tunelu oświetlonym jedynie regularnie rozmieszczonymi lampami o zabrudzonych kloszach rozglądałem się i próbowałem dojrzeć w tym suchym, zbudowanym z wielkich betonowych obręczy schronie coś z raju, o którym opowiadał mi mój przewodnik.
            -Chodźmy – klepnął mnie w plecy mój kompan i popchnął w stronę ginącego za zakrętem sznura świateł. – Muszę pokazać cię naszemu naczelnikowi.
            Poszliśmy zatem tam, gdzie mnie prowadził.  W trakcie marszu usłyszałem narastające skądś dudnienie, które mocno mnie zdziwiło.
            -Co to jest, do cholery?
            -Impreza – uśmiechnął się mój kompan. – Jak już wszystko załatwimy u naczelnika, to pójdziemy się bawić.
            Jakoś mi to nie pasowało, ten obraz raju, który malował przed moimi oczami ten facet, do tego obskurnego miejsca pachnącego wilgocią. Okazało się, że za zakrętem jest jakaś budka pilnowana przez kolejnego strażnika.
            -Franek Marchewka – zgasił go mój przewodnik, gdy robiąc wściekłą mordę zbliżył się do nas. – Chłopak ze mną.
            Weszliśmy do budki. Była ciasna i dość niska. Nie wiedziałem, po co w ogóle te ceregiele. Czyżby nas tutaj odkażano?
            Nagle ściana stojąca naprzeciw nas w jakiś dziwny sposób zniknęła (pewnie zniknęła normalnie, ale nie zauważyłem tego bo rozpychał się przede mną ten śmierdzący przewodnik) ukazując nam przestronne wnętrze wykute w skale. Teraz mogliśmy stanąć obok siebie i razem iść na spotkanie istocie siedzącej na wysokim, obitym atłasem fotelu, stojącym na samym końcu sali. Przewodnik szedł marszowym krokiem jak żołnierz, szybko i dostojnie, natomiast ja byłem zajęty oglądaniem fresków namalowanych na wysokich ścianach pomieszczenia. Przedstawiały one gołe kobiety i kielichy pełne wina. Tak się zagapiłem, że nie zauważyłem, kiedy dotarliśmy do biurka naczelnika. Uderzyłem w nie z hukiem i czując rozchodzący się w udach ból zdusiłem soczyste przekleństwo w zarodku.
            Miałem przed sobą naczelnika wampirów. Nie wyglądał jednak zbyt dostojnie. Leżał na wpół zatopiony w fotelu i najwyraźniej spał. Albo…
            -Nie żyje? – zapytałem szeptem nieco wystraszony, ale przewodnik tylko uniósł dłoń nakazując milczenie.
            W tej samej chwili naczelnik westchnął, przeciągnął się  i ułożył się wygodnie w fotelu.
            -Wystarczy, Sally. Mam gości. – powiedział, a wtedy spod biurka wypełzła młoda dziewczyna ubrana tylko w krótką spódniczkę. Widok ten zahipnotyzował mnie i przewodnika.  Dziewczyna odwróciła się przed samym wyjściem i posłała w naszym kierunku całusa. Oczy mojego kompana zeszkliły się, a on sam westchnął rozmarzony. Zaraz jednak opamiętał się, po co tu przyszedł i poważniejąc położył obie dłonie na pulpicie biurka i zaczął meldować:
            -Franek Marchewka. Obchód 178/8. W rezultacie znalazłem oto tego chłopaczka. Wampir jak się patrzy. Gotowy do walki z ludźmi i zabawy.
            -Świetnie, świetnie, ale wiesz, że musi przejść badania. Nie możemy ot, tak po prostu przyjmować każdego, kogo nam tu przynosicie. Niektórzy ludzie umieją się bardzo dobrze maskować. Nie życzymy sobie tu szpiegów. Przebadam go wraz z lekarzem, zanim wpuścimy go do nas. – chwycił w dłoń jakiś dziwny przedmiot na kabelku i krzyknął do niego - Janek Cyjanek! Gabinet naczelnika, natychmiast!
            Po upływie około minuty, gdy zdążyłem przyjrzeć się naczelnikowi, ubranemu w wypłowiały, potargany garnitur z wpiętymi w klapę znaczkami anarchii i Led Zeppelin, którego włosy mogłoby pomylić się wronom z gniazdem, a broda splątana była w kilka warkoczyków ozdobionych koralikami, przybył lekarz.
            Nie wyglądał on wcale lepiej niż naczelnik. Miał brudny kitel z narysowanym przez „życzliwego” na plecach kutasem i woniał jakimś mocnym alkoholem.
            -Doktor Janek Cyjanek – przywitał się z każdym z osobna, usilnie starając się utrzymać wzrok na twarzy każdego z nas. Uścisk jego dłoni był wbrew pozorom silny i  zdecydowany.
            -Słuchaj, Janek, jest sprawa – podjął naczelnik, nadal siedzący w fotelu – Mamy tu nowego. Trzeba go obejrzeć.
            -Się robi – wybełkotał lekarz i obracając się w moją stronę na pięcie chwycił w palce moje policzki i je rozciągnął, ukazując zęby.
            -O, jak się pięknie szczerzy, prawdziwy wampir. Pan naczelnik zobaczy kiełki. Ostre jak igiełki! Oczka czerwonawe, no pięknie, pięknie! Oj, rozpływam się, jak widzę tego chłopaczka. Istny anatomiczny przykład prawdziwego wampira. Podziwiam. Jeszcze naczelnik cię sprawdzi i możesz się bawić.
            Lekarz odszedł kilka kroków i wtedy naczelnik wstał i podszedł do mnie, marszcząc gęste brwi.  Spojrzał mi głęboko w oczy, aż zobaczyłem wokół jego źrenic brązowe otoczki w kształcie gwiazd. Tak się zapatrzyłem, że nie zwróciłem uwagi na jego nagły ruch. Błyskawicznie uderzył mnie w brzuch pięścią uzbrojoną w kastet.
            -Kurwa jego mać… - jęknąłem, zginając się wpół.
            Dziwnym trafem zdanie to tak ożywiło i uszczęśliwiło naczelnika, że aż mnie uścisnął jak prawdziwy przyjaciel.
            -Chłopie… toż to wampir od pokoleń. Witaj w rodzinie, bracie. Zanotuję tylko twoje imię i rób co chcesz.
            Rozmasowałem delikatnie obolałe mięśnie brzucha i ze zdziwieniem spojrzałem na zasiadającego za biurkiem naczelnika.
            -Za co? – zapytałem z wyrzutem. I gdyby nie to, że naczelnik był najwyraźniej najważniejszą szychą w tym całym schronie, z obawy o swoją przyszłość nie dowaliłem mu w zepsute zęby.
            -Prawdziwy wampir powinien charakteryzować się pewnymi cechami – powiedział naczelnik chowając kastet do szuflady. - Między innymi powinien wiedzieć, co wypada mówić w towarzystwie.
            -Nie rozumiem… - mruknąłem zażenowany.
            -Jak masz na imię? – nagle zmienił temat.
            -Nie pamiętam… - zawstydziłem się.
            -Cóż, w czasie wojny można zapomnieć i takie rzeczy. Wpiszę cię do rejestru jako Zbyszek Kieliszek. Może być?
            -A jaki jest prawdziwy wampir? – starałem się naprowadzić rozmowę na pierwotny temat.
            -Drogi przyjacielu – naczelnik położył swoje dłonie na moich ramionach – Wygląd to tylko maleńka cząstka sukcesu. Reszta to umiejętność dostosowania się do sytuacji. A ty umiesz się zachować jak mało kto. – Naczelnik klepnął mnie w ramię i krzyknął do Franka: - Ochrzcić go!
            Franek uśmiechnął się i wyprowadził mnie z przestronnej sali do ciasnej budki. Byłem nieziemsko zdezorientowany, prawie jak w dniu, w którym w radiu moją ulubioną piosenkę przerwał alarm lotniczy. Zaskoczył mnie ten nagły przebłysk pamięci. Wydarzenia sprzed wojny pamiętałem na wyrywki i bardzo mgliście.
            Zaczął mnie prowadzić całkiem innym tunelem, wyglądającym jak poprzedni, lecz od strony, w którą się kierowaliśmy, wychodziło nam na spotkanie jakieś dziwne zjawisko. Powietrze niejako seriami uderzało w nasze twarze, a im bardziej zagłębialiśmy się w tunel, tym donośniejsze stawało się miarowe dudnienie.
            -Co to, do kurwy nędzy? – zapytałem zdezorientowany, gdy zauważyłem, że tunel kończy się wejściem do obszernej jaskini, której dno ścieliło się głęboko poniżej poziomu tunelu. Na dnie zaś przesuwała się jakaś szara zagmatwana masa… Podeszliśmy do miejsca, w którym tunel się urywał, ustępując przestrzeni obszernej jaskini, wypełnionej dudniącymi dźwiękami jakichś oszalałych bębnów. Dopiero teraz spostrzegłem, że kilka metrów poniżej moich stóp w szarej masie wyróżniają się głowy, ręce i nogi. Był to tańczący w jakimś dziwnym otępieniu tłum.
            -Witaj w naszym świecie, kolego… - usłyszałem za sobą głos Franka, po czym poczułem jak lecę w dół pchnięty przez kompana.
            Rozjebałem ryj na całą głośność, machałem rękami i nogami, ale byłem zagłuszany przez bębny i nie wyglądało na to, że ktokolwiek z tych, którzy tańczyli pode mną, zainteresuje się moim losem.
            Już myślałem, że rozbiję się o tłum i połamię nogi i sobie i im, ale jakimś dziwnym trafem masa rąk zamortyzowała mój upadek. Nawet nie dotknąłem ziemi, po chwili zostałem podrzucony do góry, a gdy ponownie upadłem na las rąk, zostałem poniesiony na drugi koniec jaskini.
            Tam tłum zakołysał mną na swoich rękach i rzucił przed siebie. Krzyknąłem, bojąc się upadku o twardy grunt. Nie uderzyłem jednak w skalne podłoże. Zostałem wrzucony do jakiejś olbrzymiej wanny czy zagłębienia wypełnionego po brzegi jakąś ciężką cieczą, która natychmiast zagłuszyła mój krzyk, wpychając go z powrotem do gardła. W mgnieniu oka wynurzyłem się i zaczerpnąłem powietrza. Przez  krople spływające z pozlepianych cieczą włosów zobaczyłem tańczący wokół mnie tłum wampirów, których ubrania zostały obryzgane na czerwono. Znowu krew.
            Nagle całą jaskinię wypełnił donośny głos.
            -Niech bębny zamilkną! Cisza!
            To  był naczelnik. Stał tam, skąd Franek mnie zrzucił. Naczelnik był ciemnym cieniem na tle jaśniejącej plamy tunelu. Bębny dudniły nadal, ale ciszej.
            -Uspokójcie się na chwilę, dzieci suk!
            Wtedy autorytet naczelnika wziął górę. Instrumenty zamilkły, a tłum stopniowo przestawał tańczyć, zwracając się w kierunku wodza. Naczelnik w tym momencie musiał się szeroko uśmiechnąć.
            -Pragnę wam zakomunikować, że nasza społeczność powiększyła się o kolejnego członka. Przywitajmy zatem nowo ochrzczonego Zbyszka Kieliszka!
            Tłum podniósł ręce do góry i zaczął na powrót tańczyć jak w transie. Po chwili włączyły się bębny.
            Naczelnik odszedł ze swojego miejsca. Po chwili jednak wrócił i dodał jeszcze:
            -Każdemu po dolarze!
            Schyliłem się i pociągnąłem potężny łyk pachnącej krwi z wanny.
            Nagle zostałem popchnięty i cała moja głowa znalazła się pod powierzchnią krwi. Chciałem się wynurzyć, ale ktoś mnie przytrzymywał. Szamotałem się jak szalony. Zaczęło mi brakowało mi powietrza. I dopiero wtedy poczułem zwolnienie nacisku. Podniosłem głowę i ciężko łapałem dech.
            -Nie chlej tyle, pijusie! – zaśmiał się sprawca całego zajścia, Franek. Zawtórowało mu kilku jego kumpli.
            -Zajebiście śmieszne – mruknąłem. Nie wiem, czy lubiłem Franka. Był wkurwiający, ale nie znałem stąd nikogo, oprócz niego.
            -Wyłaź z tej balii. Posiedź z nami.
            Wyszedłem z wanny i szybkimi ruchami rąk usunąłem nadmiar krwi z powierzchni mojego ciała. Zdjąłem i wyżąłem naprędce ubranie. Pospiesznie wkładając pomięte spodnie poszedłem za chłopakami. Wyglądali na twardzieli, byli ubrani podobnie jak Franek. Jak komandosi z ubogiego państwa.
            Usiedli w zagłębieniu w podłożu. Dopiero teraz zauważyłem, że było tu takich zagłębień wiele, jakby loże dla zmęczonych imprezowiczów. Nawet muzyka dochodząca tutaj była stłumiona. Zająłem miejsce koło niskiego faceta, któremu brakowało w paszczy wszystkich siekaczy.
            -Opowiedz nam coś o sobie. – wyszczerzył się Franek.
            Poczułem się niepewnie, gdy oczy wszystkich tych jego kolegów zwróciły się ku mnie. Słowa utknęły mi w gardle.
            -Ojej, jaki nieśmiały – zaśmiał się koleś ze źle zrośniętym po wielu złamaniach nosem. – Jak dziewica w noc poślubną.
            -Dawno takiej nie uświadczyłem – powiedział trzeci z chytrym uśmiechem. – Chyba wszystkie już skonsumowane. Dosłownie.
            -To może ja coś powiem? – zatarł ręce Franek – Najpierw was sobie przedstawię: to Mietek, to Feliks, a ten bez zębów to Adaś. O, wino idzie – uśmiechnął się na widok idącej w ich kierunku odzianej tylko w krótką spódniczkę dziewczyny z wielkim dzbanem w ręce.
            Podeszła do nas i każdy „komandos” wyciągnął pospiesznie blaszany kubek. Dla mnie brakło, bo nie byłem przygotowany na taką okoliczność, więc Franek z ciężkim westchnieniem rzucił mi swoje naczynie i wyciągnął drugie, widocznie zapasowe. Dziewczyna nalała każdemu do pełna.
            -Amanda, dasz buziaka? – wydął usta Adaś. Dziewczyna spojrzała na niego z niesmakiem, fuknęła i poszła do następnej loży.
            -Znowu dostałeś kosza, może zacznij myć zęby – powiedział Mietek patrząc w swój kubek, a Feliks zarechotał.
            -Podobno był kiedyś jakiś facet, co zmieniał wino w krew – powiedział Mietek. – Święty człowiek. Szkoda, że go tu nie ma. – Wypił duszkiem swoje wino.
            -Feliks, czemu nie pijesz? – zapytałem, żeby zacząć rozmowę. Feliks siedział z markotną miną i ociągał się z piciem.
            -Dobry temat! – podjął radośnie Franek, a Feliks wrogo zmierzył go wzrokiem. – Widzisz, mamy tutaj taką winiarnię, czy jak to nazwać. Robimy tam wino z roślin i grzybów, jakie uda nam się znaleźć i wyhodować. Co tydzień załoga winiarni zmienia się. Kiedyś wypadła kolej na Feliksa. Był największym pijakiem wśród wampirów. Tam, w winiarni, też ostro chlał, do oporu, ile wlezie. Raz był tak spity, że nie zauważył, że jego współpracownik wpadł do zbiornika i się tam utopił. Później wszyscy pili wino z nietypowym dodatkiem, a najchętniej Feliks. Gdy wszystko wyszło na jaw, Feliks rzygał jak chuj przez tydzień i teraz już tyle nie pije.
            -Dobrze wiedzieć, że twój chuj rzyga – warknął Feliks.
            -Ale ci pojechał! – zaśmiał się Adaś.
            -Nienawidzę padliny – mruknął Feliks i ostrożnie pociągnął łyk z kubka.
            Ku nam zbliżyła się następna dziewczyna, długonoga brunetka owinięta kawałkiem materiału, który niewiele zasłaniał. Trzymała na ramieniu miskę wypełnioną jakimiś rulonikami.
            -Dolary! – zatarł ręce ożywiony Franek.
            Dziewczyna podała nam miskę i każdy z nas wziął sobie po jednym ciasno zwiniętym banknocie. Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Z uwagą obróciłem w rękach rulonik i okazało się, że to faktycznie dolar.
            -Myślałem, że pieniądze nie mają już żadnej wartości – zdziwiłem się na głos i spróbowałem rozwinąć banknot, żeby sprawdzić jego nominał.
            -Ej! – krzyknął Adaś i zabrał mi zawiniątko. – Nie rozwijaj, bo ci się rozjebie!
            -Co to jest? – zapytałem, odbierając od Adasia banknot.
            -Maria Zielonka. Przywitaj się grzecznie – mruknął Franek z zawiniątkiem w ustach. – Idzie święty ogień.
Faktycznie, stopniowo w naszym kierunku postępował przekazywany sobie z rąk do rąk ogień. Następny w kolejce odpalał swojego skręta od dolara poprzednika. Gdy żar pojawił się na ruloniku Franka, inni pospiesznie włożyli do ust swoje dolary i czekali na święty ogień. Poszedłem w ich ślady. Gdy Adaś podpalił mojego dolara, zakrztusiłem się, ale po chwili moje ciało ogarnęła fala spokoju.
            Siedzieliśmy chwilę w błogim milczeniu, delektując się oglądaniem wijących się w powietrzu w zwolnionym tempie wstęg dymu.
            -A pamiętacie, jak byliśmy na łowach? – ożywił się Mietek. – Co goniliśmy tą dziewczynę?
            -O tak!            - pochwycił Feliks, wygodniej układając się w loży. – Pamiętam… Uciekała, uciekała, aż wybiegła z miasta i wpadła do lasu między drzewa.
            -Tam ją dopadliśmy – uśmiechnął się Franek – nie miała żadnych szans, było nas przecież czterech.
            -Krzyczała i próbowała się bronić… - powiedział Mietek - Kopała i złamała mi nos.
            -Pamiętam jak się szarpała. Nie wiedziałem, że ludzka kobieta może mieć tyle siły – dodał Adaś. – Nie było z nią łatwo.
            -A wiecie, co było w niej najlepsze? – zaciągnął się dymem Feliks. Inni z zaciekawieniem spojrzeli w jego kierunku. – Miesiączkowała.
            -Taaa… - uśmiechnęli się inni na przywołane wspomnienie.
            Nie byłem jeszcze ani tak dobrze zadomowiony w towarzystwie, ani na tyle przyzwyczajony do nietypowych zwyczajów wampirów, żeby czuć się swobodnie i uznawać ich historie za coś niezwykle naturalnego. Zakręciło mi się w głowie, gdy uzmysłowiłem sobie, jakie to okrutne plemię. Nie wiedziałem, czy na pewno do niego pasuję.
            -A pamiętacie, jak wyła? – głos Franka sprowadził mnie na ziemię.
            -Jak zarzynane zwierzę – uśmiechnął się Adaś.
            -Przecież ją zarżnęliśmy… - warknął Franek.
            -I nie zapominaj, że człowiek to zwierzę – przypomniał Mietek.
            Wezbrało we mnie zwątpienie. Jak to człowiek zwierzęciem? A wampiry? Wampiry zabijające bezbronne ludzkie kobiety bez sumienia, traktujące to jak dobrą rozrywkę. Czy to właśnie nie jest zwierzęce? I ja miałem należeć do tej grupy?
            -Idę się przespacerować – wstałem od towarzystwa, a świat na moment zawirował. Głowa rozbolała mnie od mocnego wina i marihuany.
            -Nudzi ci się z nami? – skrzywił się Mietek.
            -To ja ci pokażę nasze burdele! – ożywił się Feliks i wstał za moim przykładem.
            Zaskoczyło mnie to, ale nie powiem, że byłem przeciwny temu pomysłowi. Teraz zacząłem się zastanawiać, kim wampiry faktycznie są.
            Przeszliśmy do końca obszernej jaskini, gdzie znajdowało się kilka tuneli. Każdy z nich prowadził do innego miejsca. Jaskinia była najwyraźniej miejscem spotkań całej społeczności wampirów. Weszliśmy do jednego z wykutych w skale tuneli, oświetlonych z rzadka słabymi żarówkami.
            Tunel otwierał się na kolejną komorę. Była to obszerna jak tamta, wysoka jaskinia. Było tu dużo ciemniej i bardziej duszno. Zauważyłem, że moje oczy natychmiast przywykły do panującego półmroku i doskonale rozróżniałem wszystkie szczegóły. Podłoże tutaj znajdowało się na poziomie około półtora metra poniżej poziomu tunelu. Weszliśmy na przylegający do ścian skalny podest otaczający pierścieniem zagłębione dno jaskini. Wyścielone było ono jakimiś szmatami uformowanymi w konstrukcje podobne do kopców i namiotów.
            Powietrze było ciężkie i wypełnione mnóstwem różnych zapachów. Usłyszałem jakieś ciche sapanie. Na dnie jaskini zauważyłem jakieś poruszenie.
            -To wy, okrutnicy! – rozległ się głos płynący z jednej z kupy szmat. Był to mężczyzna, który czołgał się z wysiłkiem po dnie komory, unosząc się co chwila na drżących rękach. – Zobaczycie, to przerażające okrucieństwo nie ujdzie wam płazem! Jest nad nami Ktoś, kto ocenia nasze czyny. A waszych czynów nic nie usprawiedliwi!
            -Nie pierdol – warknął Feliks. – I tak cię zjemy.
            Dziwne zwyczaje wampirów coraz mniej mnie szokowały.
            -Bodaj bym wam utknął kością w gardle, obrzydliwcy! – splunął mężczyzna. Zauważyłem, że jego nogi są nienaturalnie powykręcane. Były złamane w wielu miejscach i uniemożliwiały normalny ruch.
            -To jest nasza spiżarnia. Trzymamy tutaj żywych ludzi. To, co złapiemy na powierzchni, jest wprowadzane tutaj, unieruchamiane… no i mamy jedzenie nieraz nawet na tydzień! – zafascynowany Feliks zatarł ręce. – A najlepsze są niemowlęta. Delikatne i kruche… - rozmarzył się. – Ale to rarytas. Ciężko takie zdobyć.
            -Może chodźmy do tych burdelów? – przypomniałem mu. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić okrutnych aktów kanibalizmu. Kanibalizmu? Ale to przecież były wampiry. Zupełnie inna rasa, inny niż ludzie gatunek. Przynajmniej taką wersję tu utrzymywano. Czyli inteligentne drapieżnictwo? Wampiry były bardzo podobne do ludzi. Ale okrucieństwo i to, co ludziom (i również mnie) wydawało się niemoralne, było dla nich czymś zwyczajnym, czymś na porządku dziennym.
            Feliks wyprowadził mnie z tego pomieszczenia. Jeszcze długo słyszałem za sobą krzyki człowieka przeznaczonego na obiad dla wampirów. Doszliśmy do rozwidlenia tunelu. Nigdzie nie było żadnych drogowskazów ani oznaczeń, czego gdzie szukać, lecz mimo że pierwszy raz spacerowałem w tych rejonach, nie miałem problemu z wybraniem odpowiedniego tunelu. Z tunelu prowadzącego do burdelu ciągnął przyjemny, słodki zapach kobiecych ciał. Zapachowe ślady były tak silne, że niemal widziałem je przed sobą w formie jaskrawych, pulsujących różnymi kolorami plam. Dały o sobie znać wampirze zmysły i instynkty, bliższe zwierzętom drapieżnym niż ludziom. Dotarliśmy do końca tunelu, otwierającego się na obszerną komorę.
            Jaskinia miała wykute w ścianach zagłębienia, jakby legowiska ułożone piętrami aż pod samo sklepienie.
            -Jesteś nowy. Wiem, że może nie przywykłeś do wszystkiego. Może nie do końca rozumiesz, jak to wszystko funkcjonuje – poklepał mnie po ramieniu Feliks. - Wybierz sobie jakąś i się wyluzuj. Jak już będzie dobrze, to wróć do nas. Będziemy pić.
            Kiwnąłem mechanicznie głową i obejrzałem się za odchodzącym kompanem.
            -Polecam ci Elzę – rzucił jeszcze na koniec. – Zna się na rzeczy jeśli chodzi o wiesz… - mrugnął znacząco okiem i zniknął w tunelu.
            Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Rozejrzałem się po jaskini, oglądając wszystkie legowiska z dna komory. Niektóre były widocznie zajęte, co sugerowały zasłaniające wejścia do nich kotary.
            Nawet nie miałem potrzeby ruchać, ale skoro Feliks mnie tu przyprowadził, to przynajmniej zobaczę sobie miejscowe kobiety czy też samice, których widziałem co prawda już kilka w tym dziwnym roju wampirów.
            Wszedłem po wykutych w skale schodach na trzecie piętro, gdyż wyczułem tutaj najmniej zajętych swoim fachem kobiet.
            Zaglądałem do nich, lecz albo były puste, albo leżące w nich kobiety spały. W jednym z nich urządziły sobie nawet małą orgię bez udziału mężczyzn. Zainteresowało mnie to, ale poszedłem dalej, bo nie chciałem im przeszkadzać.
            Znalazłem wreszcie legowisko, w którym kobieta siedziała na stercie szmat służącej za łóżko, skutecznie izolującej od zimnego podłoża. Siedziała na niej tyłem do wejścia. Widziałem jej szczupłe ciało, nieco odstające łopatki i rozczochrane rude włosy sięgające ramion.
            -Wejdź – powiedziała nieco zachrypłym, ale kobiecym głosem, mimo że nie mogła mnie widzieć. Może zobaczyła cień na podłodze? Ale to już mnie zaskoczyło: - Jesteś nowy?
            Wyczuła? Ostrożnie wszedłem do środka. Podszedłem do niej i stanąłem za nią. Dziwnie się poruszyła, jakby coś ją zaniepokoiło.
            -Nazwali mnie tu Zbyszek Kieliszek – zagaiłem.
            Chciałem podejść do niej, żeby mnie zobaczyła, ale ubiegła mnie. Spojrzała z dołu na mnie wielkimi zielonymi oczami. Na nosie i policzkach miała słabo zaznaczone piegi. Podniesiona głowa odsłoniła widok poniżej – dwie drobne białe piersi. Wyglądała zajebiście. Chyba była bardzo młoda. Poczułem, że mimowolnie tracę kontrolę nad smokiem zamieszkującym moje spodnie. Usiadłem, żeby zamaskować krępujące podniecenie. Niestety, bliskość dziewczyny tylko pogorszyła sprawę.
            Dziewczyna widząc moje skrępowanie i hamowany popęd uniosła górną wargę i ukazując wystające ponad linię zębów błyszczące kły wyraziła zniesmaczenie.
            -To jak będzie. Ruchasz się czy nie? – warknęła zniecierpliwiona.
            Zrobiło mi się gorąco, ale nie wiedziałem, co robić. Oczywiście nie byłby to mój pierwszy raz, ale nie wyobrażałem sobie zrobić tego z pierwszą lepszą dziewczyną, nie znając nawet jej imienia.
            -A jak masz na imię? – zapytałem niepewnie.
            -A co, książkę piszesz? – przewróciła oczami. – Chyba nie po to tu przyszedłeś, prawda?
            -Chciałbym jednak poznać twoje imię. Od czegoś trzeba zacząć. Będzie mi łatwiej, uwierz.
            Dziewczyna westchnęła. Znów przewróciła oczami na swój słodki sposób, po czym rzuciła się na mnie i wcisnęła w nieświeżo pachnące szmaty.
            To, co ze mną tam wyczyniała, było magią. Nigdy nie doznałem czegoś podobnego. Gdy po jakimś czasie było już po wszystkim, leżeliśmy zmordowani obok siebie. Zerknąłem na dziewczynę leżącą obok mnie. Wpatrywała się we mnie uważnie z pewnym niepokojem, jakbym był lwem w legowisku jagnięcia.
            -Co jest? – zapytała nieprzyjemnym tonem.
            -Powiesz mi wreszcie, jak masz na imię?
            -W sumie nie wiem, co to może zmienić – znów przewróciła oczami w ten charakterystyczny dla siebie sposób. – Ale skoro masz mnie tym dręczyć do usranej śmierci to może ci powiem.
            Ta jej tajemniczość działała na mnie jak magnes. Byłem zaintrygowany tym pięknym rudzielcem. Postanowiłem postawić na jedną kartę.
            -Dopóki nie poznam twojego imienia, nie wyjdę stąd.
            Dziewczyna gwałtownie podniosła się z łóżka i spojrzała na mnie groźnie. Po chwili zmarszczyła nos i uniosła górną wargę obnażając ostre kły.
            -W takim razie cię wyproszę.
            Próbowała najwyraźniej sprawiać wrażenie groźnej, ale ja miałem inne odczucia. Odebrałem to jako pewnego rodzaju grę, droczenie się. Nawet szeroko się uśmiechnąłem, dopóki nie oberwałem w pysk jej drobną rączką, której paznokcie wydrapały mi w policzku cztery palące jak ogień krwawe rowki.
            -Ty mała suko! – warknąłem przyciskając dłoń do krwawiących szram. Wezbrał we mnie gniew, który musiał znaleźć ujście. Nie było ważne, że obiektem, na którym miałem się wyżyć była drobna kobieta. Skoro była w stanie bez powodu zadać mi ból, to co mogło mnie powstrzymać przed oddaniem jej z nawiązką?
            Moja ręka natychmiast nabrała jakiejś wielkiej mocy, jakby skumulowała się w niej cała życiowa siła z reszty ciała właśnie po to, żeby przywalić tej małej.
            I w momencie, gdy moja pięść leciała z prędkością światła w kierunku rudowłosej głowy, stało się coś niesamowitego. Dziewczyna wykonała szybki, skuteczny blok unieszkodliwiający cios i przyłożyła mi drobną pięścią prosto w nos, aż przed oczami zaświeciły mi miliony gwiazd. Gdy upadłem na szmaty, uderzyła mnie ponownie, tym razem w sposób pozbawiający mnie przytomności.
            Pamiętałem jak przez mgłę jakieś głosy, stłumione światła, niewyraźne cienie i w momencie, jak wszystkie te elementy zaczęły się wyostrzać, jak miałem już poznać, co się ze mną dzieje, wtedy ponownie otrzymywałem cios zamykający moją świadomość gwałtownie jak drzwi podczas przeciągu. Do takich sytuacji dochodziło kilkakrotnie. W pewnym momencie jednak pozwolono mi się obudzić.
           
            -Gdzie jestem? – zapytałem słabym głosem, osłaniając dłonią oczy przed oślepiającą jasnością. To nie mogła być pogrążona w półmroku jaskinia wampirów. Nawet tak nie pachniała.
            -Myślałeś, że obudzisz się waćpan w tym samym miejscu, w którym straciłeś przytomność? – dobiegł mnie kobiecy głos. Ale nie był to głos rudej.
Wróciła mi ostrość widzenia. Zobaczyłem wyłaniające się z wszechogarniającej jasności kobiece rysy. Dziewczyna miała wielkie czarne oczy i ciemne, wysoko upięte włosy, ze zwisającymi luźno lokami. Ubrana była w strój pochodzący z jakiejś dawnej epoki.
-Gdzie ja jestem, do kurwy nędzy! – krzyknąłem zrywając się gwałtownie. Mój zapał ostudziło solidne uderzenie w klatę, które ponownie powaliło mnie na podłogę.
-Człowiek – usłyszałem dziwnie znajomy głos. – Uległ wpływom wampirów. Niewiele brakowało. Mówiłam wam, panno Andżeliko. Jesteśmy w stanie go nawrócić.
Po chwili w polu widzenia pojawiła się właścicielka głosu. Na głowie miała rude włosy zaczesane w dziwaczną fryzurę, przypominającą misternie utkany pajęczy kokon. Miała na sobie długą, czystą sukienkę i trzymałą w ręku jakiś dziwny podłużny przedmiot.
            -Wspaniale się spisałyście, panno Aleksandro. Wasze poczynania uznajemy za sukces. – uśmiechnęła się Andżelika. – Proszę się uporać z jego odrażającą fizjonomią. Następnie zabierzemy się za jego obycie. Nie tolerujemy w naszym towarzystwie grubiańskich abnegatów.
            Andżelika wyszła z pomieszczenia, o czym świadczył dźwięk zamykanych drzwi. Zostałem sam na sam z rudzielcem.
            -Co ty, kurwa, odpierdalasz? – warknąłem na dziewczynę. Ona przycisnęła mi palec do ust nakazując milczenie. Pomogła mi wstać. Rozejrzałem się. To nie była jaskinia. To było normalne pomieszczenie w budynku. Biały pokój, w którym stało mnóstwo starych mebli. Pachniało tu starością – wysuszonym, wielowiekowym drewnem, pożółkłym papierem i kurzem leżącym w zakamarkach dywanów. Zaskoczył mnie ten kontrast. Nie wiedziałem, że kompletnie umeblowane pomieszczenia jeszcze istnieją.
            -Powinnam była cię zabić – szepnęła ruda Aleksandra. – Namówiłam jednak Andżelikę na ułaskawienie. Zasługujesz na życie. To osobista sprawa. Przecież się znamy.
            Zachwiałem się na nogach.
            -Co, kurwa? – zakrzyknąłem w ciężkim szoku. Aleksandra ponownie przycisnęła palec do ust. – Kobieto! – powiedziałem już ciszej – co ty pierdolisz! Skąd cię niby znam? Pierwszy raz cię na oczy widziałem!
            Dziewczyna stanęła jak wryta, a twarz zbladła. Wyglądała jak posąg boginki.
            -Michał, ty mnie nie pamiętasz? – w jej oczach błysnęły iskry i pojawiły się wielkie świetliste jeziora słonej wody, które spłynęły po policzkach. – Przecież się zaręczyliśmy na dwa tygodnie przed rozpoczęciem wojny. Pewnego dnia pojechałeś do pracy i już cię nie zobaczyłam. Tego dnia Chińczycy zrzucili na Polskę bomby atomowe.
            Ciemność w mojej pamięci rozjaśnił wyraźny obraz. Jechałem samochodem z pracy. Akurat utknąłem w korku. Lał rzęsisty deszcz. Włączyłem radio. Śpiewałem z wokalistą moją ulubioną piosenkę, żeby się odstresować. Nagle audycję przerwał głos spikera, w którym dało się słyszeć hamowane emocje, wieszczący o zbliżającym się ataku z powietrza. Nigdy nie spodziewałem się tego, że moje pokolenie doświadczy wojny. Tym bardziej, że Polska wydawała mi się dość mało znaczącym na arenie międzynarodowej krajem.
            Tym bardziej nie wydawało mi się, że jesteśmy zagrożeni ze strony Chin, toczących ze Stanami wojnę o wpływy na rynku światowym. Ameryka wypowiedziała Chinom wojnę pod pretekstem obrony praw człowieka, notorycznie łamanymi w Państwie Środka. W imię obrony tych praw zabijano mnóstwo ludzi… Państwa NATO dołączyły się do walki po stronie „dobra”. Myśleliśmy, że nic nam nie grozi. W końcu na początku XXI wieku za pomoc Stanom w wojnach w Iraku i Afganistanie nikt nam nie urwał dupy. Ale Chiny były inne. Każdy, kto dobrowolnie opowiedział się po stronie Stanów, obrócił się w proch i pył.
            -Oleńka…! – szepnąłem i wziąłem ją w ramiona.
            -Wojna cię zmieniła – Aleksandra odepchnęła moje ręce z wyższością. – Już nie jesteś tym Michałem, którego znałam.
            -Oluś – klęknąłem przed nią i ująłem jej białą dłoń, delikatnie odciskając na niej swój pocałunek. Nie patrzała na mnie. Zadarła głowę wysoko jak hrabina i przybrała surowy wyraz twarzy.
            -Nie jesteś już tym Michałem, który mi się oświadczył. Nie jesteś nawet człowiekiem. Jesteś wampirem.
            Te słowa słyszałem w ciągu ostatniej doby już drugi raz, ale poraziła mnie niekonsekwencja wypowiedzi Oluśki.
            -Tej babce, co tu była, mówiłaś coś innego. Coś pamiętam – wstałem i chwyciłem ją za przegub, ściskając zbyt mocno. Wysyczałem przez zaciśnięte zęby. – Mówiłaś, że jestem człowiekiem. Teraz twierdzisz, że jestem wampirem. Chcę znać prawdę.
            Spojrzała na mnie wzrokiem pełnym przerażenia przemieszanego z żalem. Poczułem w sercu bolesne ukłucie na ten widok i zwolniłem uścisk.
Chyba tylko na to czekała. Wykonała szybki zamach i uderzyła mnie trzymaną w ręce pałką, która okazała się paralizatorem. Moje ciało przebiegł wibrujący ból, upadłem na podłogę, a wszystkie moje mięśnie zesztywniały.
Stanęła nade mną z obojętnym wyrazem twarzy. Nie współczuła mi. Postawiła swoją wąską stopę na mojej piersi i przyłożyła paralizator do szyi. Chciało mi się płakać. Moja własna narzeczona, której tak zaufałem, którą kiedyś kochałem…
-Ty wredna suko! – jęknąłem żałośnie – A ty niby jesteś lepsza niż wampiry?
-Posłuchaj – odrzekła zupełnie obojętnie. – Jestem człowiekiem. Ukoronowaniem stworzenia i panem istnienia. Dopóki ty nie staniesz się na powrót człowiekiem, jesteś istotą nieczystą. I nie zasługujesz na zbawienie. Jesteś zły z natury.
-A co ja ci złego zrobiłem! – krzyknąłem rozpaczliwie – Jak dotychczas to ja ciągle od ciebie obrywam. No nie, kobieta mnie bije…
-Powinieneś zostać zabity jako wampir, ale ja widzę w tobie potencjał. Jeszcze możesz być na powrót człowiekiem. Traktuj to jako szansę.
-A czym się różni wampir od człowieka? – zadałem kolejny raz to pytanie.
-Zamilcz! – rozkazała surowym tonem Oleńka, teraz już obca i zimna Aleksandra. – Wstań. Muszę cię przeprowadzić przez odpowiednie etapy wdrożenia…
-Kurwa – warknąłem zdenerwowany, wstając – tutaj jakieś chrzty, tu wdrażanie…
Poszedłem z Aleksandrą przez wysokie dębowe drzwi do następnego pomieszczenia. Do ślepego posłuszeństwa zmuszał mnie przyłożony do szyi paralizator. Za drzwiami znajdował się długi korytarz z kolumnadami po obu stronach. Między kolumnami znajdowały się zakratowane nisze, w których zauważyłem wynędzniałych ludzi. Po chwili dotarł do mnie jeżący włos na głowie i innych owłosionych częściach ciała silny sygnał zapachowy. Do jednej z krat jak na komendę przylgnął jakiś obdartus. Spojrzał na mnie ożywionym wzrokiem i wyciągnął rękę w moim kierunku.
-Ja pierdolę! – zawołał głośno – Ratuj mnie!
Przeraziła mnie ta zmaltretowana, przerażona morda. Jednocześnie poczułem jakąś odległą więź z tą istotą. Uczucie to gwałtownie zaczęło zbliżać się do mnie, wreszcie osiągnęło przerażającą prędkość, a ja stałem naprzeciw niego z przerażeniem oczekując nieuchronnego, aż uderzyło we mnie i wypełniło każdą komórkę ciała, niczym promieniowanie tuż po wybuchu bomby jądrowej. Już wiedziałem, co się stało! To był wampir, taki jak ja!
Chciałem podbiec do nędzarza i go uściskać, jak wtedy usiłowałem uścisnąć Franka, ale na uwięzi trzymał mnie paralizator. Zwróciłem lekko głowę w jego kierunku, ale Aleksandra widząc ten nieznaczny ruch warknęła ze złością i uderzyła końcówką paralizatora nędznego chłopka, który natychmiast odpadł od kraty ze zduszonym krzykiem.
Wyprostowałem się jak struna, a w moim gardle urosła olbrzymia kula. Co to było za miejsce? Na pewno przerażające. Przynajmniej dla wampirów.
-Czemu są uwięzieni? Co im tu robicie? – zapytałem drżącym głosem po pewnej chwili wahania.
-Likwidujemy – powiedziała beznamiętnie Aleksandra. – Tacy nie zasługują na życie. Jako wampiry są potępieni.
-A co stanie się ze mną? – wyszeptałem.
-Mówiłam już. Zostanie tobie przywrócona łaska bycia człowiekiem. A teraz otwórz drzwi przed sobą. Twoje chwile jako wampira dobiegają końca.
Przełknąłem ślinę i otworzyłem wielkie, ciężkie drzwi z rzeźbioną klamką. Po drugiej ich stronie znajdowało się pomieszczenie przypominające gabinet zabiegowy. Było białe, jasno oświetlone i sterylne. Znajdowało się tu kilka białych parawanów, metalowych stołów z narzędziami przykrytymi jałowymi gazami i kilka osób w olśniewająco białych kitlach i czepkach na głowach kręcących się między parawanami.
Po drugiej stronie pomieszczenia otworzyły się drzwi, wszedł człowiek ubrany jak chirurg, a powstały przeciąg uniósł rąbek parawanu. To, co za nim zobaczyłem sprawiło, że nogi pode mną się ugięły, a moje mięśnie opanował zwierzęcy instynkt ucieczki.
-Kurwa! Co im robicie, pojebańcy! – wrzasnąłem, obróciłem się na pięcie w kierunku zamykających się za Aleksandrą drzwi, lecz w miejscu zatrzymał mnie paralizator poparty piorunującym wzrokiem mojej strażniczki.
-Patrz – powiedziała z wyższością, a jej twarz miała beznamiętny wyraz. – Patrz i podziwiaj.
Z obawą ponownie zwróciłem wzrok ku przerażającemu przedstawieniu. Jeden z sanitariuszy z chytrym uśmieszkiem na twarzy uchylił róg parawanu, żebym mógł dokładnie obejrzeć makabryczną sztukę teatralną, jaka się rozgrywała za tą kurtyną. Widok był porażający. Unieruchomiony skórzanymi pasami wampir przywiązany do wysokiego fotela krzyknął jak zarzynane zwierzę. Już gdzieś to porównanie słyszałem, pomyślałem, drżąc jak galareta.
Wampir  miał unieruchomioną w miejscu głowę, tkwiącą w ażurowej konstrukcji z rdzewiejącego metalu. Odpowiednie elementy utrzymywały w bezruchu jego rozwartą szczękę, z której ciekła jasna krew. Jeden z sanitariuszy podniósł ze stołu w obu rękach jakieś dziwne urządzenie i zademonstrował jego działanie wampirowi, który znów zawył, aż ciarki mnie przeszły, mimo iż nie jestem aż taki strachliwy. Było to jakieś przedpotopowe ustrojstwo, jakaś pierdolona ręczna wiertarka dentystyczna.
Sanitariusz z wyrazem dzikiej satysfakcji w oczach przyłożył wiertło do górnego szeregu zębów wampira i począł uparcie kręcić rączką wiertarki, krusząc wydatny kieł wyjącego z bólu, torturowanego wampira. Zauważyłem, że miał już tylko jednego wampirzego kła, w górnej szczęce, natomiast cała reszta została spiłowana w okrutny sposób, zostawiając na wierzchu strzępy podrażnionych nerwów i naczynek krwionośnych, z których spływały na brodę zmieszane ze śliną krwawe krople.
-Kurwa! Torturujecie ich! Co wy im wszystkim robicie!? Pieprzeni sadyści – krzyknąłem, nie do końca nad sobą panując. – To jest chore! ! Pierdoleni faszyści!
Aleksandra delikatnie położyła dłoń na moim napiętym ramieniu.
-Chodźmy stąd, skarbie – szepnęła z fałszywą słodyczą i popchnęła mnie w kierunku drugich drzwi. – Na razie jest zajęte.
-A kiedy ze mnie zrobicie miazgę? – syknąłem mieszając w swojej głowie koktajl złożony w równych proporcjach z wysokoprocentowego przerażenia i wściekłości.
-O to się nie martw. Na ciebie przyjdzie jeszcze czas.
Wyszliśmy ze sterylnego pomieszczenia. Starałem się nie spoglądać w stronę torturowanego wampira. Na pożegnanie krzyknął jeszcze coś nieartykułowanego, po czym zamknęły się za nami wielkie drzwi i znaleźliśmy się w innym korytarzu. Było tu bardzo ciemno, ale po chwili moje wampirze zmysły zebrały niewielką ilość światła i świat w moich oczach zajaśniał jak w lipcowy poranek.
-Przed siebie – mruknęła Aleksandra. Nie czułem już na szyi paralizatora, ale wiedziałem, że ta suka trzyma go gdzieś w pogotowiu. I że na pewno nie spóźniłaby się z reakcją.
-Co tu się, kurwa, dzieje!? To jakieś piekło! I to wy je zgotowaliście, pierdoleni cywilizowani ludzie! – syknąłem przez zęby, ale nie wiem, czy Aleksandra mnie słyszała.
Do moich uszu doszedł przeciągły skowyt dobiegający z naprzeciwka. Po chwili poczułem zapach istoty podobnej do mnie. Na samym końcu zobaczyłem ją. Był to kolejny wampir, zakuty w dyby, zbyt niskie, żeby klęknąć i zbyt wysokie, by stanąć. Twarz miał obsmarowaną dawno zakrzepłą, psującą się krwią.
Kilka elegancko ubranych osób przechodzących z krzyżujących się z traktem korytarzy rzuciło w twarz wampira ochłapy mięsa. Ten, ożywiwszy się na ten widok, usiłował podnieść mięso leżące u jego stóp. Nie mógł go sięgnąć rękami, więc próbował podnieść je stopami. Udało się. Podniesiony stopą ochłap chwycił w dłoń i z błogim wyrazem twarzy zagłębił w nim swoje zęby.
Nagle krzyknął, odrzucił ścierwo i zapłakał jak małe dziecko. Widząc (lub czując) mnie, idącego niejako na smyczy przed dumną Aleksandrą, zakrzyknął żałośnie:
-Przyjacielu! Ratuj! Zajeb mnie na miejscu, bo nie chcę zdechnąć jak zwierzę!
Szedłem dalej jak automat, spoglądając jedynie bezsilnie na nieznaną mi istotę, z którą łączyła mnie jedynie przynależność do dziwnej instytucji wampirów. Czułem się strasznie, przekonując się o tym, że faktycznie bezwzględni i okrutni są naprawdę ludzie, niszcząc i zabijając nie z potrzeby, a dla rozrywki. Wampiry zabijały dla mięsa, ludzie zabijali wampiry dla zabawy, wykorzystując wyrafinowane tortury. Ludzie kierowali się jakimiś dziwnymi przestarzałymi konwenansami, które po wojnie  nie miały sensu, stworzyli hierarchię istnień i wdrożyli ją także w swoje społeczeństwo, a będąc pruderyjni dopuszczali psychopatyczne wręcz okrucieństwo na innych istotach. Wampiry z kolei były autentycznie niewinne w swojej zwierzęcej swobodzie. Istotnie żyły w zgodzie z naturą, przypominając swoimi instynktami i zachowaniem ludzi żyjących na wieki przed tym, jak ludzkość została zepsuta przez cywilizację.
-Ratuj! – słyszałem jeszcze za sobą, gdy wchodziliśmy w inne drzwi. – Każą mi wpierdalać nasze mięso!
Więcej nie słyszałem i nie widziałem. Aleksandra wepchnęła mnie do następnego pomieszczenia. Było długie i wysokie, a na suficie wymalowane były nagie kobiety pośród kielichów pełnych wina.
-Kurwa – mruknąłem przewidując kłopoty.
-Nie odzywaj się – syknęła przez zęby Aleksandra, odejmując od mojej szyi paralizator. – Zaufaj.
Przemierzyliśmy czysty czerwony dywan zmierzając do samego końca pokoju, gdzie stało wypolerowane na wysoki połysk biurko, za którym stał wysoki fotel, w którym siedział nie kto inny jak panna Andżelika. Paznokcie lewej dłoni pielęgnował jej jakiś facet, a ta jędza mizdrzyła się do niego.
Gdy podeszliśmy już bardzo blisko, wyglądała na nieco spłoszoną i była zarumieniona, jakby została przyłapana na jakimś wybryku.
-Panie Karolu, dokończymy za sekundkę, mam teraz interesantów.
Karol zniknął jakby zapadł się pod ziemię, natomiast Andżelika wstała od biurka, uśmiechnęła się do Aleksandry, natomiast zwracając twarz do mnie wyraziła zniesmaczenie.
-Wdrożony – powiedziała Aleksandra, a ja dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę ominęły mnie te wszystkie tortury, mimo że wprowadzała mnie do sal, gdzie były wykonywane, tak jakby chciała mnie od tego uratować. Słowa te bardzo ucieszyły szefową tego przerażającego miejsca. Spojrzała na mnie przychylnym okiem.
-Obejrzę go – powiedziała, nie kryjąc podniecenia. Podeszła blisko mnie i spojrzała mi w oczy. – Jeszcze zaczerwienione, ale powinno niedługo zejść. Otwórz usta – poprosiła.
Chyba brzydziła się mojej nieogolonej, umorusanej mordy. Otworzyłem usta, ale gdy się zbliżyła, specjalnie chuchnąłem mendzie w ryj.
-Piękne zęby, ludzkie cechy. I dobre maniery. Tylko trochę śmierdzi. Umyć, przebrać i nakarmić. Witamy wśród ludzi – uśmiechnęła się szczerze, zmieniając ton i na powrót usiadła za biurkiem. – Panno Aleksandro, proszę przygotować dla pana pokoik. Przy okazji… pana godność?
Zamrugałem oczami przypominając sobie ostrzeżenie Aleksandry i usiłując jednocześnie przypomnieć sobie swoje imię. Uderzyła mnie łokciem w żebro, co miało oznaczać przyzwolenie na mówienie.
-Michał – powiedziałem poważnie. – Michał Jędrzychowski.
Andżelika zapisała coś w swoich notatkach, ale przy nazwisku podniosła oczy i uważnie zlustrowała nas oboje. Po chwili jednak znowu zagłębiła się w swoim zajęciu, jak gdyby do tej dziwnej sytuacji wcale nie doszło.
-Proszę, to już wszystko – uśmiechnęła się szczerze.
-Dziękujemy – ukłoniła się Aleksandra, rozkładając w rękach poły swojej sukienki. Nie wiedząc jak się zachować, uczyniłem podobnie.
Aleksandra skierowała się ku drzwiom, a ja za nią, jednak w połowie drogi zatrzymał nas głos Andżeliki:
-Aleksandro! – oboje odwróciliśmy się – Jutro ruszasz na kolejną misję. Wieczorem podam szczegóły.
Po tych słowach już w milczeniu opuściliśmy pomieszczenie. Aleksandra poprowadziła mnie jakimś innym korytarzem do sektora mieszkalnego. Dopiero teraz się zorientowałem, że ten budynek to opuszczony, luksusowy hotel. Nie oberwał w czasie wojny, skubaniec.
W pewnym momencie Aleksandra chwyciła mnie za rękę i pociągnęła. Nie wiedziałem co się dzieje, więc poddałem się jej reakcji. Zaczęła biec, pobiegłem za nią. Dopadła do drzwi z numerem 202 i drżącymi rękami zaczęła szukać kluczyka, nerwowo się rozglądając. Obawiając się jej zachowania również zacząłem się rozglądać.
Znalazła kluczyk i niemal go łamiąc przy przekręcaniu w zamku, otworzyła drzwi. Wpadła do pokoju, pociągając mnie za sobą. Zamknęła drzwi od wewnątrz na klucz i spojrzała na mnie obiecującym wzrokiem. Nie zrozumiałem, byłem zbyt zaaferowany jej niepokojem.
Przewróciła oczami w charakterystyczny dla siebie sposób. Znowu była moją zajebistą rudą. Rzuciła się na mnie, a ja już wiedziałem, co mam robić. Rozwichrzyłem jej włosy i pospiesznie rozpiąłem gorset. Reszta poszła jak z płatka.
Gdy leżeliśmy obok siebie na podłodze, ona, brudna od mojego ciała, i ja, wytarty o jej ciało, byłem skłonny wybaczyć jej wszystko.
Poszliśmy się razem wykąpać w nienagannie czystej łazience, w wodzie pozostawionej w balii, gdyż od wybuchu wojny nie działały wodociągi, a później, owinięty w hotelowy ręcznik, uczesałem ją i pomogłem się ubrać w skomplikowaną suknię z gorsetem.
-Oleńka – szepnąłem z ustami przy jej szyi, tak jak zawsze lubiła. Rozległo się pukanie do drzwi i Olusia skoczyła spłoszona pod łóżko, nakazując mi uprzednio milczenie. Nie mogłem zdradzić jej obecności tutaj, choć nie wiedziałem, czym to może zaowocować. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. Stał za nimi człowiek w wypłowiałym, ale nadal eleganckim stroju kelnera. W rękach trzymał srebrną tacę nakrytą półmiskiem.
-Życzy sobie pan kolację? – zapytał uprzejmie. Widząc moje zakłopotanie uśmiechnął się. – Polecam dziś kotlet na liściu sałaty przystrojony majonezem.
Na potwierdzenie odkrył półmisek, a ja na widok takiego wybornego jedzenia obśliniłem się jak pies Pawłowa i wziąłem mu z rąk tacę.
-Bardzo chętnie – odrzekłem i zamknąłem mu przed nosem drzwi.
Opierdoliłem kotleta w ekspresowym tempie z taką zapalczywością, że o mało nie zżarłem też tacy. W tym czasie Oleńka wyszła spod łóżka.
-I jak? – zapytała skromnie.
-Zajebiście! – krzyknąłem, ale po chwili się opamiętałem. – Wybornie.
Chwyciłem ją w pasie i zakręciłem młynka na środku pokoju.
-Moja Oleńka. Znowu jesteśmy razem – szepnąłem jej w szyję. – Powiedz mi – spoważniałem, stawiając ją na ziemi. – O co w tym wszystkim chodzi? Czym wampir różni się od człowieka?
-Jest prymitywny – spoważniała Olusia. – Zachowuje się jak człowiek pierwotny. Jest nieokrzesany, niecywilizowany i brutalny.
-Nie możecie ich zostawić w spokoju? Przecież widziałem, jak ich okaleczacie! – zarzuciłem.
-Uwierz – powiedziała Oleńka smutnym głosem, a jej oczy się zaszkliły. – To jedyna droga. Oni nas porywają, zabijają nasze kobiety i dzieci! Jeśli my ich nie wytępimy, oni zrobią to z nami! I kto zbuduje świat po wojnie? Nieokrzesani brutale?
Przypomniałem sobie rozmowę z kolegami Franka Marchewki. Oluś miała rację. Nie było lepszego wyjścia z tej sytuacji. Teraz, wiedząc, że jestem człowiekiem, wampiry i ich problemy stały się dla mnie coraz bardziej odległe. Zresztą i tak niewiele mnie z nimi łączyło. Bardziej przypadek i łut szczęścia pozwolił mi przetrwać wśród nich bez szwanku. Gdy przypominałem sobie to, co widziałem w ich roju, ciarki mnie przechodziły.
Ludzie z kolei byli gotowi na odbudowanie społeczeństwa podobnego do tego przedwojennego, nie musieli zaczynać od podstaw, natomiast ich okrucieństwo było jedynie odpowiedzią na brutalność wampirów.
Położyłem się na hotelowym łóżku. Byłem szczęśliwy, z odzyskaną kobietą, która po chwili położyła się koło mnie i z pełnym brzuchem. Po chwili odpoczynku nałożyłem na nas kołdrę i znowu zaszaleliśmy.
Gdy się obudziłem, był już wieczór, a Olusia właśnie poprawiała włosy przed lustrem. Gdy podeszła do drzwi, zapytałem zaspanym głosem, by odpowiedziała mi, zanim wyjdzie:
-Gdzie idziesz? – jej ręka zastygła na klamce i cała stanęła w posągowej pozie. Natychmiast jednak uśmiechnęła się i powiedziała słodkim głosem, nie znoszącym sprzeciwu:
-Panna Andżelika mnie do siebie prosiła. Wkrótce wrócę.
Wyszła, a ja po chwili bezczynnego leżenia w łóżku wstałem i podszedłem do okna, w które wpadało światło zachodzącego słońca. Rozciągał się za nim panoramiczny widok z drugiego piętra. Obejmował on budynki, które ucierpiały w wyniku wybuchów bądź też upływu czasu i braku troski ze strony ludzi. Zniszczone, poszarzałe, przemoknięte i zgrzybiałe, których na powrót domagała się gwałcona od wieków przez człowieka natura gmachy cywilizacji, która nie umiała zadbać o swoje przetrwanie.
Zamyśliłem się i poczułem w pełni jak przedstawiciel arystokratycznej rasy ludzkiej. Inne stworzenia nie dorastały nam do pięt, szczególnie powstałe w wyniku promieniowania mutanty.
Oleńka faktycznie szybko wróciła. Już od progu rzuciła mi się na szyję i ucałowała. Pokazała przyniesioną skądś butelkę bułgarskiego wina zakorkowanego w 2007 roku. Otworzyliśmy ją i wypiliśmy po połowie. Powiedziała, że następnego dnia ma do wykonania misję ku przyszłości ludzkości i że wróci dopiero wieczorem.
Wybaczyłem jej to i ciesząc się trwającą chwilą zaciągnąłem do łóżka. Musieliśmy nadrobić te stracone miesiące, a może nawet lata.
Gdy znowu się obudziłem, na łóżko padał z okna jasny prostokąt słonecznego światła, a Oleńki nie było obok. Przypomniałem sobie, że ma dziś jakąś misję. Podniosłem się z łóżka, a w głowie zawirowało mi po butelce mocnego alkoholu. Usiadłem na łóżku i przypadkiem trąciłem stopą pustą butelkę z napisem Tcherga na kolorowej etykiecie. Miałem już potoczyć ją dla zabawy po podłodze, ale stwierdziłem, że sobie daruję. Wstałem i ubierając się w pozostawione przez obsługę hotelu eleganckie, arystokratyczne ubrania podszedłem do okna, podziwiać panoramiczny widok miasta po zagładzie. Ciekawiło mnie, gdzie znajduje się rój wampirów i jak daleko jest od niego z hotelu. Przed wojną miasto było piękne. Teraz było zdemolowane działaniami wojennymi, ale nadal miało urok. Było fascynujące na inny sposób.
Nagle gdzieś między na wpół zawalonymi budynkami zajaśniała w mgnieniu oka jaskrawa kula, która zmieniła się w rozwiewający się w powietrzu czarny, smolisty obłok. Do hotelu zbliżył się dudniący na niskich częstotliwościach pomruk, narastający jak zbliżająca się burza. Podłoga i szyba nieznacznie zaczęły drgać, a ja dodatkowo wyczułem narastający we mnie niepokój.
Wtem rozległ się dźwięk potężnego wybuchu, od którego szyba zadrgała z taką mocą, że aż myślałem, że wypadnie z ram. Odskoczyłem od okna i ze zwierzęcym strachem w oczach, który w tej chwili był jedynym motorem napędzającym mi krew, dopadłem do drzwi i wybiegłem na korytarz.
Mijający mnie ludzie ze zdziwienia zatrzymywali się w miejscu. Z uwagą śledzili mnie wzrokiem, gdy niesiony adrenaliną przemierzałem korytarz w ekspresowym tempie.
Zbiegłem po schodach. Pierwsze piętro i parter okazały się obwarowanymi przez uzbrojonych żołnierzy i ciężki sprzęt fortecami. Wejście do hotelu było dobrze strzeżone, okoliczne mutanty i dzikie bandy musiały omijać hotel szerokim łukiem. Nikt nie mógł swobodnie się przemieszczać w tym rejonie. Ja jednak nie musiałem się nikomu legitymować, zresztą wszyscy byli w takim szoku, że istnieje ktoś, kto siłą chce się wyrwać z tego bezpiecznego jak kołyska budynku, że nie zatrzymywano mnie.
Wybiegłem przed hotel i nie oglądając się za siebie pobiegłem między budynkami za zapachem dymu i chrzęszczącym hałasem, niesiony też po części wyczulonym instynktem.
Biegłem zdyszany lawirując między gruzem, pyłem i wybojami w asfalcie, a serce, które z wysiłku o mało nie wyskoczyło mi z gardła, pracowało na najwyższych obrotach.
Wreszcie dobiegłem do miejsca wybuchu. W powietrzu unosił się potężny żar, od którego zaczęła mi się marszczyć skóra na twarzy. Gęste kłęby dymu unosiły się falami nad miejscem wybuchu. w prześwitach między nimi zauważyłem grupę uzbrojonych ludzi w specjalnych kombinezonach i maskach przeciwgazowych. Wszyscy byli zwróceni twarzami w kierunku źródła dymu i klęczeli na jednym kolanie oprócz jednego. Ten miał na sobie także kostium o specjalnej konstrukcji. Od pasa w dół przypominał dzwon dotykający brzegiem samej ziemi. Dopiero teraz mnie olśniło, że to żaroodporna suknia. Kobieta!
Pobiegłem w jej kierunku.
-Co wy tu, kurwa, robicie! – krzyknąłem jak wariat. Moje nowe ubranie zdążyło już przesiąknąć duszącym smrodem dymu i cząstkami sadzy.
Kobieta zwróciła ku mnie twarz skrytą za maską. Nie musiała jej zdejmować, żebym ją poznał.
-Oleńka! Co robisz!? – wrzasnąłem.
Nie widziałem wyrazu jej twarzy, ale chyba się nie przejęła. Podniosła rękę i na ten sygnał klęczący mężczyźni posłali kolejne pociski w kłęby dymu. Rozległ się potworny wybuch i przed nami ukazała się kula ognia, której żar zwalił mnie z nóg. Z pozycji leżącej zobaczyłem otoczenie tego miejsca.
Zapłakałem, poznając je jako mało szczególną okolicę gniazda wampirów.
Podniosłem się i wbiegłem do dymu na oślep. Dym i żar wdzierały się do gardła i oczu, więc poddając się opadłem bezsilnie na kolana. Po chwili poczułem na ramieniu drobną dłoń w żaroodpornej rękawiczce. Gest ten miał w sobie więcej władczości niż współczucia.
-Cywilizowane skurwysyny! – krzyknąłem, a gęsty dym wydobywający się z wampirzego roju poniósł mój głos wysoko nad ziemią.


© by Monika Feluś

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz