piątek, 13 stycznia 2012

Demolka

Witam!
Opowiadanie pt. "Demolka" brało udział w konkursie "Polskie postapo" organizowanym przez Trzynasty Schron. Konkursowe zadanie polegało na napisaniu opowiadania utrzymanego w konwencji postapo, którego akcja związana była z Polską. Zapraszam do lektury!



DEMOLKA

Co to miało być? Moją głowę rozsadzał olbrzymi ból. W uszach słyszałem dzwonienie o denerwująco wysokiej częstotliwości. Było mi strasznie gorąco, jak w saunie. Do nosa wpychał się kurz i pył, tak że ciągle odczuwałem potrzebę kaszlu. Grunt pod nogami był niestabilny, ruszał się przy każdej próbie ruchu, niczym pokład statku.
To, co się zdarzyło, było bezprecedensową sytuacją. Pierwszy raz w życiu spotkało mnie coś takiego. Miałem nadzieję, że już nigdy nie będę tego przeżywał ponownie.
Leżałem na podłodze, wciąż sucho kaszląc. Próbowałem otworzyć oczy, ale oślepiało mnie niesamowicie jasne światło. Zacisnąłem powieki i ponownie spróbowałem powoli otworzyć zmrużone oczy.
Jednocześnie ostrożnie przewróciłem się z boku na brzuch i opierając się na łokciach usiłowałem podnieść się. Podłoga znów zafalowała, więc na chwilę zamarłem.
Otworzyłem oczy, ale otaczająca mnie jasność nadal kłuła w oczy. Powoli przyzwyczajałem się do oślepiającego światła. Stopniowo zacząłem odróżniać kontury przedmiotów znajdujących się w pokoju.
Powoli stanąłem na nogach, z trudem utrzymując równowagę. Otrzepałem z siebie grubą warstwę pyłu.
Moją głowę ponownie rozsadził potworny ból. Kaszląc, obróciłem się i rozejrzałem.
Pokój był zdemolowany. Wielka szafa stojąca przy ścianie była rozbita na kilka części, z których smutno zwisały ubrania. Na podłodze leżały grube drzazgi. Od strony kuchni oświetlało ją jasne światło dnia.
-Jacek! – szepnąłem, szukając współlokatora. Spojrzałem na pokryty pyłem tapczan. Spod skołtunionej kołdry wystawała zakurzona głowa.
-Jacek! – podszedłem do niego. Nadal spał. Uspokoiło mnie to. Przespał całe to zdarzenie. Szczęściarz.
Chciałem obejrzeć resztę mieszkania, ale kątem oka zobaczyłem pod łóżkiem Jacka mokrą ciemną plamę. Serce we mnie zamarło. Podszedłem jeszcze bliżej i wstrzymując oddech drżącą ręką uniosłem zwisający róg kołdry.
Krzyknąłem z przestrachem, gdy z ręki Jacka na podłogę wypadła butelka z końcówką taniego wina.
-Chłopie… nie tak głośno, błagam… - jęknął Jacek poruszając się w skołtunionej kołdrze, co uniosło w powietrze chmurę pyłu, od której zaczęliśmy kaszleć.
-Jacek, coś się stało! – powiedziałem z przestrachem.
Pokój wyglądał jak pobojowisko. Ponownie spojrzałem na szafę. Zaniepokoiło mnie intensywne światło padające z kuchni na zdemolowany mebel. Okno w kuchni nie było zbyt duże, a na noc je zasłanialiśmy, bo jakiś mądry inżynier wymyślił, żeby umieścić latarnię tuż przy oknie naszego mieszkania. Nigdy nie wpadało w nie dużo światła.
Stawiając kolejne kroki w kierunku kuchni usłyszałem za sobą zmęczony głos Jacka, który chyba podnosił się już z łóżka.
-Tomek, co dostałeś z kombinatoryki u Koniecznego?
-Czwórkę – odpowiedziałem machinalnie.
-Pieprzony kujon – jęknął Jacek i kaszląc spadł z łóżka w kokonie z kołdry.
Podłoga pod moimi nogami zachwiała się. Wydawało mi się, że jestem na tyle trzeźwy, że nie było to moim złudzeniem.
-Boże, co zrobiliśmy!? – zadałem cicho pytanie, widząc w jakim stanie jest nasze mieszkanie.
-Nie pamiętasz już wczorajszej balangi?
-Pamiętam… - westchnąłem – trzeba było oblać zaliczenie.
-Co tu się stało? – Jacek zmienił ton. Widocznie zauważył nieziemski bałagan w pokoju.
-Ty mi może odpowiesz?
-Chłopie… - Jacek złapał się za głowę - ktoś nam zdemolował mieszkanie!
-Wyobraź sobie, że zauważyłem – warknąłem.
-Ciekawe, jak wygląda reszta akademika.
Wszedłem do kuchni i zamarłem. Nogi się pode mną ugięły. Pospiesznie znalazłem ręką oparcie. Serce waliło mi jak młot, a mimo to brakowało mi oddechu i poczułem, że słabnę.
Nawet nie usłyszałem kroków Jacka. Usłyszałem tylko jego słaby drżący głos.
-Ja więcej z wami nie piję.
Przed nami rozciągał się panoramiczny widok na Ligotę i Piotrowice. Nie był to widok z okna. Okna już nie było. Nie było wcale ściany. W całej kuchni zalegał gruz, spod którego wyłaniały się fragmenty szafek, garnków i stołu.
-Myśmy to zmontowali? – Jacek pierwszy odzyskał głos.
Nie odpowiedziałem.
-Może nasi pobili się z polibudziakami?
Nadal milczałem.
-A Frędzel nie bawił się w swoim pokoju tymi swoimi wybuchowymi odczynnikami?
Byłem za bardzo przejęty tym zadziwiającym widokiem. Widać było zniszczone budynki wychylające się zza położonych płasko jak zapałki w pudełku drzew Parku Zadole, gdzie jeszcze wczoraj poszliśmy zrobić  mały „wstęp” do imprezy. Na horyzoncie widać było osmalone, pozbawione dachów budynki Famuru, przypominające połamane zęby olbrzyma. Tuż za nimi, rozciągając się w nieskończoność, ziała czarna dziura. Nie było już Brynowa, Paderewy… Nie było Katowic! Nie było nic!
-Był chyba jakiś nalot, jakaś bomba, czy coś – usiadłem na kawałku gruzu chowając głowę w ręce. – Włącz radio, może coś mówią.
Jacek zniknął za ścianą nośną, w pokoju.
-Nie działa. Poczekaj, zobaczę w komórce.
Wrócił do kuchni, szukając w telefonie odpowiedniej funkcji. Podłoga lekko poruszyła się pod naszymi stopami, więc ostrożnie wróciliśmy do pokoju. Usiedliśmy na moim tapczanie.
Udało się uruchomić radio.
-… znajdujące się w domu powinny: ubrać się, zabrać dokumenty osobiste, zapas żywności‚ indywidualne środki ochrony przed skażeniami, środki opatrunkowe oraz w miarę potrzeb i możliwości latarkę elektryczną, koc, odbiornik radiowy z zakresem fal UKF, wyłączyć wszystkie urządzenia…
-Człowieku, masakra…wiedzieli, gdzie walić. Urwali Polsce ręce. Ciekawe, czy urwali też głowę. – zastanowił się Jacek.
-No chyba sygnał idzie z Warszawy. Tam może jeszcze się bronią. Cały Śląsk rozwaliło. Katowic już nie ma, nie wiadomo, czy w Gliwicach radiostacja jeszcze stoi… - pomyślałem na głos.
-Pieprznęli i wszystko zapadło się pod ziemię, do kopalni. Boże… moi rodzice… - Jackowi załamał się głos.
Westchnąłem i wygrzebałem spod swojego tapczanu plecak. Otrzepałem go z kurzu i otworzyłem najmniejszą kieszeń.
-Jacek, nie przejmuj się. Ciesz się, że zaliczyłeś kombinatorykę. I że już nie trzeba chodzić na uniwerek. Masz – podałem mu skręta – trzymałem na czarną godzinę. A chyba taka nadeszła.
Odpaliliśmy skręty, a Jacek włączył w telefonie odtwarzacz. Siedzieliśmy wyluzowani i niczym już niewzruszeni w oparach marihuany przy płynącej z głośnika komórki muzyce.
We all live in our yellow submarine, yellow submarine, yellow submarine…


© by Monika Feluś

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz