niedziela, 5 sierpnia 2012

Reaktor nudów

 

Nowy film twórców "Paranormal Activity". Sześcioro przyjaciół wyrusza w niezwykłą przygodę po Europie. Lans, bans - czyli życie młodych i zdolnych zza oceanu. Jeden z bohaterów postanawia oświadczyć się swojej narzeczonej w Moskwie. I może by lepszy wyszedł z tego film gdyby faktycznie tak się stało. Jednakże scenarzysta Oren Peli skierował losy grupki przyjaciół w rejony Ukrainy. 


No i się zaczęło. Lanserzy udali się za namową przewodniczącego im kumpla do biura ekstremalnej podróży prowadzonego przez Ukraińca Yuria. Tutaj poznają jeszcze dwoje lanserów, którzy tak naprawdę są hipsterami. Razem z doświadczonym żołnierzem i szefem biura ekstremalnej podroży Yuriem udają się do zakazanej zony. Gdyby to jeszcze była ta zakazana strefa na Ukrainie. Nic bardziej mylnego. Filmowcy i aktorzy nawet nie zobaczyli budynków z zony. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione m.in. pod Budapesztem oraz w starych tunelach znajdujących się pod Belgradem. Dodatkowo film wywołał panikę na Ukrainie i niestety ale władze tego państwa zakazały wstępu do budynków na terenie zony. Warto zauważyć, że bloki, po których się poruszają w ogóle nie przypominają tych z Prypeci. Sam diabelski młyn nie przypomina tego prawdziwego: 


Prawdziwy: 
 Filmowy: 


Uwagę zwraca ilość gondol... Coś w filmowym Prypeciu ich ubyło ;). 

Co nas rozczarowało podczas oglądania filmu? Wiele rzeczy i spraw. Ale o tym później, co nas ucieszyło w filmie? Kilka rzeczy. Po pierwsze mnóstwo opuszczonych budynków, klimat i ogólne nawiązanie do post-apo. Można wybaczyć twórcom kiepskie odwzorowania miejsca, przecież to nie ich wina, że Ukraińcy nie chcieli wpuścić tam ekipy filmowej. Ale co nas rozczarowało? Już wyjaśniamy. Rozczarował nas scenariusz. Jedna wielka bieganina i ucieczka po opuszczonych budynkach nie wiadomo gdzie i po co. Poza tym fabuła nie trzymała się kupy. OK, rozumiemy posterunek z super groźnymi żołnierzami i to, że Yuri musiał szukać innego wjazdu. Ale co powiecie na to, że znalazł inny wjazd do zony, który nie był w ogóle strzeżony? W sumie nic dziwnego... Ale to, co wycieczka hipsterów znajduje w zonie, zaprzecza całej początkowej fabule. 

Zombie? Czy mutanci? Nie wiadomo, kolejny raz twórcy filmu nas zaskakują. Na początku myślałem, że owe stwory to metafizyczne istoty, czyli echo poprzednich mieszkańców. I to by było fajne, szczególnie, że w scenie, gdy w bohaterów ktoś rzuca krzesłem specjalnie zrobiliśmy stop klatkę, aby dostrzec szarą postać kucharki, co dodatkowo nas uszczęśliwiło i poparło naszą teorię. 

Jedna broń i facet o okaleczonej nodze. Peli nie wykazał się twórczością i powielił schemat, czyli: Mamy jedną spluwę z mało ilością nabojów i do tego, któryś z "naszych" jest unieruchomiony. Przez co nie możemy uciekać piechotą z zony. Znamy to skądś? Tak! Pomysł powielany jest od lat. Twórcy tego filmu nie są oryginalni i powodują, że wielu ludzi pyta dlaczego bohaterzy nie zastosowali najprostszego rozwiązania. Np. w Paranormal Activity bohaterowie mając do czynienia z demonem wzywają jakiegoś palanta od astrologii zamiast księdza egzorcystę. A potem są zdziwieni, że ich ten demon opętuje. Tak samo jest w "Reaktorze strachu". Zamiast uciekać z kulawym na plecach, rozdzielają się i broń wędruje do słabszej jednostki. 

Sam film przypominał bardzo strzelankę komputerową, mnóstwo biegania i strzałów na oślep. Po co fabuła, skoro mamy magię samego miejsca i tajemniczego wroga. To wystarczy by zbudować film. Końcówka filmu jest także nie przekonywująca. Jak oceniam film? Jak najbardziej możecie po niego sięgnąć aby zobaczyć kilka fajnych "opuszczonych miejsc", a nawet dla tego aby zobaczyć hipstera latającego z bronią i udającego bohatera. 

A teraz kilka zdjęć: 

Filmowy napis przy drodze do Prypeci:

Prawdziwy napis przy dordze do Prypeci: 


Filmowy widok na elektrownię atomową w Czarnobylu: 


 Prawdziwy widok na elektrownię w Czarnobylu:



1 komentarz:

  1. Zastanawiałem się czy obejrzeć ten film. Trailer nie za specjalnie mnie do tego zachęcał, dzięki tej recenzji pewnie wcale go nie obejrzę i nie stracę na nim czasu :) chociaż kto wie, może kiedyś ze znajomymi przy piwie żeby się pośmiać

    OdpowiedzUsuń